piątek, 8 lutego 2013
Destroy what destroys you
Siedzę w łóżku i myślę tylko o jednym. Chcę je zażyć! Chcę je zażyć! Chcę je zażyć teraz! Muszę! Serce bije mi w dziwnym rytmie. Czuję ogromną ekscytację, a z drugiej strony lęk. Patrzę na torebkę. Wszystko, czego chcę teraz, to tabletki, które są w środku. Wchodzę do internetu i czytam artykuły, które przestraszą mnie na tyle, że wybiję sobie te myśli z głowy. Dokładnie tydzień temu ponownie dałam się złamać temu świństwu. Dzień później na terapii nawet nie musiałam się przyznawać - moje źrenice mówiły same za siebie. Pytanie, które usłyszałam wywołało mój śmiech, chociaż wcale nie było mi zabawnie. "A co, jeśli za którymś razem tak sobie po nich zaśniesz i już się nie obudzisz?". Półtora roku temu dowiedziałam się o "cudownej" substancji, która nie dość, że wpływa na utratę wagi, to jeszcze daje kopa do nauki i w ogóle chęć do działania. Długa lista niebezpiecznych skutków ubocznych, nie szczególnie zwróciła moją uwagę. Znalazłam swoją tabletkę szczęścia. Chodziłam po aptekach, aż w końcu znalazłam pewien słaby punkt, w którym farmaceuta przymrużył oko na brak recepty. Właściwie, to robił to regularnie, bo paczka tabletek starczała mi na 2, góra 3 dni. Czytałam dużo, eksperymentowałam, aż udało mi się ustalić idealną dla siebie dawkę. W dwa tygodnie udało mi się nadrobić całe zawalone półrocze. Nie marnowałam czasu. Uczyłam się w ciągu dnia i w nocy, bo i tak nie mogłam spać. Zazwyczaj koło 3 nie wiedząc już, w jaki sposób pozbyć się tego nadmiaru energii, zaczynałam sprzątać łazienkę, pokój, porządkować notatki, albo po prostu wychodziłam i biegałam dookoła domu. Tak, w nocy... Wspominam ten czas z przerażeniem. Wtedy wydawało mi się to zupełnie normalne. Nawet kiedy zaczęły się różnego rodzaju omamy. Niewiele pamiętam z tamtego okresu. Mam jakby wycięte z pamięci parę miesięcy. Nawet nie wiem, czego się tak zawzięcie wtedy uczyłam. Możliwe, że te dziwne stany, które dopadają mnie czasem w nocy, to skutek dłuższego stosowania tych tabletek. Żałuję. Poza ED, to one były przyczyną mojej hospitalizacji. Po wyjściu ze szpitala zażyłam je jeszcze dwa razy i nie skończyło się to dobrze. Terapia uświadomiła mi, jakiego spustoszenia w moim organizmie to dokonało. Po prawie roku pod wpływem impulsu znowu po nie sięgnęłam. Zdziwiła mnie reakcja mojego organizmu. Byłam bardzo ospała, ale możliwe, że to efekt połączenia ich z psychotropami, które teraz zażywam. Wcale nie czułam się po nich dobrze, ale jednak tak strasznie mnie do nich ciągnie.
niedziela, 3 lutego 2013
Śniłeś mi się wczoraj - obudziłam się z premedytacją.
Chciałabym napisać do Ciebie kolejny list. Napiszę go tutaj. Tak, czy siak, nigdy bym go nie wysłała. Z resztą bardziej, niż pewne jest, że nigdy tego nie przeczytasz, ale jeśli już tak się zdarzy, będziesz wiedział, że to do Ciebie. Wiem, że nie mam prawa za nic Cię obwiniać, ani niczego od Ciebie oczekiwać. Ale niestety nie jestem w stanie zapanować nad tym, co czuję. A czuję się w tym momencie, jak małe porzucone dziecko, które naprawdę uwierzyło, że będziesz na zawsze. Jak w jednej z książek - dziewczyna opisuje swoje dzieciństwo, kiedy ojca traktowała, jak (w dobrym tych słów znaczeniu) psa przewodnika. Później rozwód rodziców i "radź sobie sama". Może faktycznie oczekiwałam od Ciebie zbyt wiele, ale przecież chyba nie bezpodstawnie... W każdym razie to pewnego rodzaju list pożegnalny, żebym mogła zacząć żyć bez Ciebie. Nie zmienię tego, że tęsknię za Tobą, ale może z czasem jakoś będzie mi z tym łatwiej. Dziękuje Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś.
Tyle. Chyba wreszcie to do mnie dotarło.
Uświadomienie sobie tego nie jest jedyną rzeczą, która dobrze wpłynęła na moje dzisiejsze samopoczucie. Spotkałam się dzisiaj z moją kuzynką ...nazwijmy ją F. Ona też walczy z zaburzeniami odżywiania. Już czwarty rok. Były momenty, kiedy nawet ja przestawałam wierzyć, że jeszcze będzie z nią dobrze widziałam jak dosłownie wykańcza się na naszych oczach. Jedynym zakończeniem jej historii wydawała mi się śmierć z wycieńczenia. Czasami dawałam się nabrać na gadki o tym, jak to już jest dobrze, że już jest właściwie zdrowa; przez co teraz ciężko jest mi uwierzyć, że tym razem jest inaczej. Ale wydaje mi się, że dzisiaj po raz pierwszy, odkąd zachorowała widziałam ją szczęśliwą. Może to kolejny przejaw mojej naiwności, ale wierzę, że ona z tego wyjdzie. Zaraziła mnie swoim entuzjazmem, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Nawet mama prawie nie kontrolowała jej podczas jedzenia. To duuuuży krok do przodu.
Co prawda zaliczyłam dopiero jeden egzamin, ale to trochę pomogło mi uwierzyć w siebie. Pozwoliłam sobie na wieczorny chillout ze znajomymi i przypomniały mi się wakacje. Pomimo wszystko dobrze je wspominam. Jedne z najlepszych w moim życiu. Z rodzicami dogaduję się coraz lepiej, nabierają do mnie od nowa zaufania.
Oczywiście, żeby nie było zbyt idealnie musiałam narobić parę głupot w tym tygodniu, ale myślę, że i tak wybrnęłam z tego nieźle, jak na tak stresujący czas. Zaprzepaściłam jakiś miesiąc mojej pracy, trochę rozkręciłam się z objawami, ale chyba najważniejsze, że jestem tego świadoma i że pracuję nad tym.
Nie wiem, czy to normalne, ale czuję się teraz, jakbym mogła góry przenosić.
Tyle. Chyba wreszcie to do mnie dotarło.
Uświadomienie sobie tego nie jest jedyną rzeczą, która dobrze wpłynęła na moje dzisiejsze samopoczucie. Spotkałam się dzisiaj z moją kuzynką ...nazwijmy ją F. Ona też walczy z zaburzeniami odżywiania. Już czwarty rok. Były momenty, kiedy nawet ja przestawałam wierzyć, że jeszcze będzie z nią dobrze widziałam jak dosłownie wykańcza się na naszych oczach. Jedynym zakończeniem jej historii wydawała mi się śmierć z wycieńczenia. Czasami dawałam się nabrać na gadki o tym, jak to już jest dobrze, że już jest właściwie zdrowa; przez co teraz ciężko jest mi uwierzyć, że tym razem jest inaczej. Ale wydaje mi się, że dzisiaj po raz pierwszy, odkąd zachorowała widziałam ją szczęśliwą. Może to kolejny przejaw mojej naiwności, ale wierzę, że ona z tego wyjdzie. Zaraziła mnie swoim entuzjazmem, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Nawet mama prawie nie kontrolowała jej podczas jedzenia. To duuuuży krok do przodu.
Co prawda zaliczyłam dopiero jeden egzamin, ale to trochę pomogło mi uwierzyć w siebie. Pozwoliłam sobie na wieczorny chillout ze znajomymi i przypomniały mi się wakacje. Pomimo wszystko dobrze je wspominam. Jedne z najlepszych w moim życiu. Z rodzicami dogaduję się coraz lepiej, nabierają do mnie od nowa zaufania.
Oczywiście, żeby nie było zbyt idealnie musiałam narobić parę głupot w tym tygodniu, ale myślę, że i tak wybrnęłam z tego nieźle, jak na tak stresujący czas. Zaprzepaściłam jakiś miesiąc mojej pracy, trochę rozkręciłam się z objawami, ale chyba najważniejsze, że jestem tego świadoma i że pracuję nad tym.
Nie wiem, czy to normalne, ale czuję się teraz, jakbym mogła góry przenosić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)