Coś siedzi we mnie i tak strasznie chce mojej śmierci. Coś, co krzyczy najgłośniej, kiedy jestem sama, a kiedy rozmawiam z lekarzem, czy psychologiem, nie pozwala powiedzieć, co tak naprawdę mnie boli, zmniejsza zasób słownictwa, żebym nie umiała tego wyrazić. Zastanawiam się, czy choroba nie stała się już po prostu częścią mnie. Co jakiś czas wydaje mi się, że już z nią wygrałam, ale kiedy zaczyna być naprawdę dobrze, wraca ze zdwojoną siłą. Mąci mi w głowie, pochłania wszystkie moje myśli, nie pozwala skoncentrować się na niczym innym. Jakby była demonem, który nie może znieść ignorancji. Tłucze się we mnie, przejmuje kontrolę nad moim ciałem, a potem ucicha, ale tylko na chwilę - po to, żeby nabrać sił i uderzyć z zaskoczenia. Nie potrafię skupić się na studiach, cała moja energia zużywa się w walce moich myśli, która nie ustaje nawet we śnie. Im bardziej zaczynam w siebie wierzyć, tym gorsze myśli mi podsuwa. Od trzech lat nie opuszcza mnie nawet na jeden dzień. Wczoraj zasnęłam pełna motywacji, przekonana o szansie na wygraną. We śnie tracę kontrolę nad swoimi myślami. Tak byo i tym razem, a to co przejęło kontrolę, trzyma się teraz kurczowo. Odtwarza w mojej głowie film z przebiegu choroby i próbuje wmówić, że tak było najlepiej ...że walka z lekarzami, rodziną i własnym ciałem czyniła mnie silniejszą, bardziej wartościową osobą. Przypomina mi się jedna sytuacja: jakieś półtora roku temu; jest około 3 w nocy. Leżę w łózku i czuję zapach jedzenia schowanego w lodówce, w kuchni, która znajduje się piętro niżej. Nie dociera do mnie nawet, że to niemożliwe. W tym momencie jedzenie jest wszystkim, czego pragnę. Upewniam się, ze rodzice śpią i bezdźwięcznie schodzę na dół. Wyciągam z lodówki wszystko, co zamierzam zjeść, ale zamin jeszcze zdążę połżyć to na stole, wpycham sobie do ust. Wyjątkowa wyżerka - lodówka pełna wszystkiego (chyba akurat kończyły się jakieś święta). Mieszam smaki. Jem ciasta, sery, dżemy, jakieś mięso, czekoladę, a wszystko przepijam letnią wodą - najlepszą do wymiotowania. Już czuję, że więcej nie mogę, idę w stronę toalety i słyszę, że ktoś schodzi z góry. Moja mama widząc mnie uwaloną żarciem wszelkiego rodzaju, a za mną stół zastawiony górą wszystkiego, wpada w szał. Łapie mnie za włosy i uderza moją głową w szafkę. Krzyczy przeraźliwie i karze mi powtarzać za nią: "jestem chora na bulimię, jestem chora na bulimię..." Te słowa nie przejdą mi przez gardło, ale chcę znaleźć się jak najszybciej w łazience, więc dla świętego spokoju mówię: "no jestem". Ona nie odpuszcza. Dalej ciągnie mnie za włosy i karze powtórzyć całość. W końcu przez zęby wycedzam z siebie: "jestem chora!". Powtarzam to w kółko, bo wiem, że nic więcej nie będę w stanie z siebie wydusić. W końcu puszcza mnie i prowadzi do pokoju. Zamyka mnie w nim i stoi pod drzwiami, czekając, aż zasnę. Wygrzebuję z kosza woreczek foliowy, do którego mogłabym zwymiotować, ale ona zauważa to i wyrywa mi go z rąk. Zostawia drzwi do mojego pokoju otwarte i staje w nich parząc na mnie, żebym nie wstawała z łożka. Rzucam w jej stronę kilka obelg. Czuję się taka bezsilna. Obracam się na drugi bok i wkładam palce do gardła, ale na leżąco nic z tego nie wychodzi. Uciskam brzuch, tak, jakby to miało coś dać. Płaczę z bólu brzucha i złości.
Czytam to, co napisałam i zastanawiam się, dlaczego jakaś część mnie ciągle uważa, że takie życie jest lepsze.
poniedziałek, 13 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
"...i cierpię na syndrom sztokholmski"
Nienawidzę, kiedy ludzie wokół mnie zaczynają temat diety, odchudzania, albo - o zgrozo - zaburzeń odżywiania. Wczoraj miałam słabszy dzień, a kiedy dziewczyny przy piwie zaczęły rozmowę na ten temat, wymiękłam już całkowicie. Może z S. i K. potrafiłabym jeszcze o tym rozmawiać ...zresztą one wiedzą. Ale M., z którą kontakt urwał mi się niemal całkowcie po zakończeniu gimnazjum, zdecydowanie nie. Opowiadały o dziewczynie, u której nasze małomiasteczkowe środowisko, przekonane o swojej nieomylności, zdiagnozowało anoreksję. Oczywiście sytuacja ta dostarcza znudzonym mieszkańcom mojego miasteczka tematów do rozmów. Nie chcę zabrzmieć zarozumiale, ale po czasie spędzonym 'za zewnątrz', podczas liceum, czy pierwszego roku studiów, odzwyczaiłam się od tego. Chociaż zawsze dostrzegałam ten problem, to teraz razi mnie on tysiąc razy bardziej. Nie mogłam spać przez natłok myśli w mojej głowie. Chciałam ją zobaczyć, dowiedzieć się, jaka jest. Facebook i po 15 minutach moja ciekawość zostaje odrobinę zaspokojona. Jest bardzo chuda, ale nie wychudzona. Pamiętam ją z gimnazjum. Zawsze była śliczna, ale teraz określenie, które przychodzi mi na myśl, to perfekcyjna. Nie mogę oderwać oczu od jej zdjęć. Na 'tablicy' thinspiracje, motywujące teksty, wpisy, których treść jest dla mnie zbyt zrozumiała ...przywołuje wspomnienia. Wiem, że fakt, iż je rozumiem świadczy głównie o moim odbiegającym od normy myśleniu, ale jednocześnie jestem z tego dumna. Odrobinę przypomina mi mnie sprzed jakiś 3 lat. Nie do końca, bo mną kierowały inne motywy. A może tylko staram się tymi słowami wytłumaczyć, że niby nigdy nie byłam taka pusta. Zazdroszczę jej. Nie wiem, czego, ale to uczucie staje się coraz silniejsze. Zapraszam ją do znajmych, chociaż tak naprawdę nigdy nie zamieniłam z nią nawet jednego zdania. Nie obchodzi mnie, że to idiotyczne. Będzie moją inspiracją. Już klikając 'dodaj do znajomych' żałuję, że to robię, ale coś nie pozwala mi anulować zaproszenia. Co takiego mi w niej imponuje? Przecież ja już mam to za sobą, jestem sto razy bardziej świadoma, to ja jestem silna, bo z tym wygrałam! Dlaczego choroba stała się dla mnie wyznacznikiem mojej wartości? Dlaczego tak przywiązałam się do mojego wroga? Syndrom sztokcholmski do niedawna wydawał mi się absurdem.
"Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego."
Szybko ...zdecydowanie za szybko mija czas. Przecieka mi między palcami. Niby wszystko się tak wlecze, a jednak nie jestem w stanie zapamiętać minionych dni. Sen plącze się z jawą, rzeczywistość z wyobraźnią, prawda z kłamstwami. Zmowu wracam do starego nawyku kłamania (albo, jak to lubię nazywać, wygodnego naginania rzeczywistości). Kłamię tylko w sprawach dotyczących moich problemów. Ale dlaczego? Przecież już nie muszę... Wszystko zdaje się układać całkim nieźle. Dawka leków - zmniejszona, wyjazd z D. do Norwegii - udany; stosunki ze znajomymi i rodziną - jak najbardziej poprawne; życie towarzyskie - nie zaniedbane; sytuacja na uczelni - pod kontrolą. WAGA I ODŻYWIANIE - POZA KONTROLĄ!
Zdrowieję Nie koncentruję się już na ciele Staję się silniejsza, Biorę odpowiedzialność za siebie ...Uczę się żyć Nie potrafię użyć żadnych znaków interpunkcyjnych, nie wiem, których użyć powinnam. Nie wiem, czy mówię to z ironią, czy dumą. Bitwa głosów wewnątrz mnie znowu nabiera tempa. Znowu jesteś w mojej głwoie, B! Dlaczego zawsze wracasz w takich momentach?! Kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo cię nienawidzę, jaką kalekę emocjonalną ze mnie czynisz, jakiego słabeusza i egocentryka! Tak strasznie podziwiam tych silnych ludzi wokół mnie. Tracą swoich najbliższych, przeżywają tragedie, a jednak ciągle żyją i potrafią się z tego życia cieszyć.
Zdrowieję Nie koncentruję się już na ciele Staję się silniejsza, Biorę odpowiedzialność za siebie ...Uczę się żyć Nie potrafię użyć żadnych znaków interpunkcyjnych, nie wiem, których użyć powinnam. Nie wiem, czy mówię to z ironią, czy dumą. Bitwa głosów wewnątrz mnie znowu nabiera tempa. Znowu jesteś w mojej głwoie, B! Dlaczego zawsze wracasz w takich momentach?! Kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo cię nienawidzę, jaką kalekę emocjonalną ze mnie czynisz, jakiego słabeusza i egocentryka! Tak strasznie podziwiam tych silnych ludzi wokół mnie. Tracą swoich najbliższych, przeżywają tragedie, a jednak ciągle żyją i potrafią się z tego życia cieszyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


