sobota, 7 grudnia 2013

znów jestem tym nieśmiałym dzieckiem ze szkolnych czasów

Jestem ostatnio nadaktywna - tutaj i na facebooku ...wszędzie tylko nie w prawdziwym życiu. Ostatni tydzień spędziłam w domu, głównie w łóżku, na zwolnieniu lekarskim. Byłam trochę przeziębiona, ale raczej nie na tyle, żeby siedzenie w domu było niezbędne. Ale miałam już dość Krakowa, mojego mieszkania, współlokatorek, studiów. Potrzebowałam przerwy od życia, a że akurat złapało mnie coś w stylu grypy, nie pogardziłam zwolnieniem lekarskim. Problem polega na tym, że narobiłam sobie zaległości, a wcale nie jest lepiej. Jeszcze bardziej nie chce mi się tam wracać. Jak to się dzieje, że jedyne na co mam ochotę, to treningi? Ale co więcej, nie moje, na których powinno mi zależeć bardziej ze względu na zbliżające się mistrzostwa, tylko te nowe, w mojej rodzinnej miejscowości, które nie dają mi nic, poza własną satysfakcją. Mam ochotę na rzeczy, które są bez sensu, ale cieszę się, że przynajmniej nie przestało mi zależeć na wszystkim. Wczoraj, kiedy poszłam po receptę na te leki nasenne, pani doktor stwierdziła, że niezbędny jest powrót do psychotropów. Całkowicie beznadziejnie. Muszę się przygotować na wtorek, żeby lepsze wrażenie zrobić na doktorze T. Tak, jak już wspominałam, nie jest przecież jeszcze całkiem tragicznie, skoro pozostał chociaż jeden aspekt mojego życia, na którym mi zależy. Na szczęście do poniedziałku zostaję jeszcze w domu, bo dostałam skierowanie na jakieś dziwne badania.Strasznie wkurza mnie mój chłopak i czuję, że nieuchronnie zbliża się koniec naszego związku. Chyba tego chcę... Tylko że kiedy jesteśmy razem, nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Nie wiem, jak miałabym mu to powiedzieć. Obawiam się, że najlepszym sposobem będzie doprowadzenie się do takiego stanu, żeby on sam już ze mną nie wytrzymał i mnie po prostu zostawił. Ale wiem, że niszczenie siebie nie jest rozwiązaniem problemów. Podobno... NIE JEST NIE JEST NIE JEST NIE JEST!!! I będę sobie to powtarzać tak długo, aż samą siebie przekonam.

proszę o umożenie wszystkich stanów lękowych

Niemożność zaśnięcia powoli staje się coraz bardziej frustrująca. Przez trzy ostatnie noce nie udało mi się zasnąć nawet na chwilę, z reguły udawało mi się to rano. Kiedy całkowicie wkurwiona łykałam kilka pernazyn i przepijałam jakimś syropkiem. Nieodpowiedzialne. I chuj. Spróbujcie nie przespać choćby 30 godzin pod rząd. Też sięgnęlibyście po cokolwiek, żeby tylko na chwilę odpłynąć. Nie wiem, czy to przez nie, czy przez ciągle zbyt małą ilość snu czułam się dzisiaj tak dziwnie. Moja mama stwierdziła, że tak dłużej być nie może i zabrała mnie do lekarza rodzinnego, więc mam już moje różowo - niebieskie wspomagacze snu. W kolejce czekałam 2 godziny. Strasznie raziło mnie jarzące światło ze szpitalnych żarówek, ludzie wkurwiali tak niemiłosiernie...

Siedząc w tej śmierdzącej przychodni przypominałam sobie wydarzenia z zeszłego roku. W nocy z 5 na 6 grudnia Anastazja nocowała u mnie, ale jako, że obydwie miałyśmy wtedy problemy ze snem, noc spędziłyśmy na pieczeniu pierniczków, pakowałyśmy prezenty na święta, a później pochowałyśmy w różnych miejscach upominki dla nas. Wtedy w mieszkaniu była jeszcze moja współlokatorka - C i nasz znajomy, którego muszę nazwać Werterem. On zmył się trochę wcześniej, a my przekopałyśmy pół mieszkania w poszukiwaniu niespodzianek. Przez chwilę wydawało mi się wtedy, że jesteśmy szczęśliwe. Z resztą: zapach pierników w całym mieszkaniu, grzane wino, papierosy, świadomość, że jeszcze trochę i wszystko się zmieni. Takie miałam przeczucie tamtego dnia. No i zmieniło się faktycznie, ale nie tak, jak myślałam. Rano musiałam lecieć szybko na uczelnię, a później jeszcze na wizytę do psychiatry, więc zostawiłam Anastazję w mieszkaniu i wyszłam. Ona też miała wizytę tego dnia. Wiem, że dowiedziała się wtedy, że lekarz chce ją znowu zamknąć na oddziale. Od tamtego momentu sprawy potoczyły się zbyt szybko i chaotycznie, żebym była w stanie je odtworzyć. Spotkałam się z nią w opłakanym stanie. Zachowywała się dziwnie i mówiła jakieś dziwne rzeczy, co uznałam za skutek kilku nieprzespanych dób. Powiedziała, że chce jechać do domu, więc pomogłam jej dogadać się z wujkiem, który jechał w tą samą stronę. On ją zabrał, a ja nie wiedząc, co ze sobą zrobić, wróciłam na zajęcia. To był akurat wykład z wiedzy o filmie, czy coś takiego i oglądaliśmy film. Już na początku zadzwonił mi telefon. Nieznany numer. Ojciec Anastazji. Pytał co się z nią działo w ostatnim czasie. Mówił, że ma okropne pogorszenie nastroju, nie są w stanie się z nią dogadać. Chwilę później kolejny telefon. Znaleźli u niej opakowania po lekach, które najprawdopodobniej zażyła w dużych ilościach. "Seronil - wiesz co to jest? Ona to brała? ...nie, ja to biorę. Miałam w mieszkaniu kilka paczek, miałam też spory zapas pernazyny i nasennych." Boże, co ona wzięła?! Za chwilę kolejny telefon: Anastazja nie ma już kontaktu z rzeczywistością, ma wysoką gorączkę i mdleje. Biorą ją na SOR. Później informacja o płukaniu żołądka i że następnego dnia najprawdopodobniej przewiozą ją do psychiatryka. Jej ojciec zrozpaczony mówi do mnie, jakby błagał mnie o pomoc: mówi, że wie, że ja mam podobny problem, prosi, żebym zrozumiała jego położenie, płacze, "nie rób tego swoim rodzicom". Nie wiem, co mam powiedzieć. Jest mi wstyd, że tyle razy zamieniałam życie mojej rodziny w koszmar. Jak mam pomóc temu mężczyźnie? Ile mogę do nich dzwonić?! Muszę wiedzieć, co dzieje się z Anastazją, ale nie chcę się im wtrącać do życia. Więc rozłączyłam się. W międzyczasie zajęcia się skończyły powstało wokół mnie ubeczanej i roztrzęsionej spore zamieszanie. Chciałam szybko znaleźć się w mieszkaniu i iść spać. Uciec z tego świata chociaż chwilowo. Jak się obudziłam, wróciłam do życia, jakby nigdy nic. Chyba wtedy jeszcze to wszystko do mnie nie docierało. Chyba nawet teraz nie dotarło całkowicie. 

środa, 4 grudnia 2013

Hello darkness my old friend

Co jest nie tak z jesienią? Jak to się dzieje, że od paru lat niezmiennie razem z nią przychodzi taka dobijająca melancholia i do tego jeszcze bezsenność? Jest po piątej nad ranem, a ja tej nocy nie zmrużyłam jeszcze oka. Moja podświadomość podsyła mi serię dziwnych obrazów, które pojawiają się, kiedy tylko zamknę oczy. Tylko że ciągle nie wydaje mi się, żeby to one były przyczyną braku snu.

środa, 27 listopada 2013

I need a favor. Please be my savior.

Jestem przerażona tym, co dzieje się z moim ciałem!





Przejęłam kontrolę. Lepiej późno, niż wcale. Sama nie wiem, co było takim bodźcem... wzrastające w zastraszającym tempie cyfry na wadze; świadomość, że rok temu o tej porze ważyłam 10 kg mniej; czy może przeczucie nieuchronnie zbliżającego się nawrotu? Z każdym dniem pozwalałam sobie na więcej. Herbatki przeczyszczające to przecież nic złego. Ale później nie wystarcza jedna saszetka, dwie, trzy; w końcu ulgi nie przynoszą nawet tabletki. Zwymiotuję raz, bo trochę przesadzę z jedzeniem, a to powoduje napady głodu, po których 'sesja' w łazience przeciąga się nieco dłużej. Znowu moje odbicie w lustrze krzyczy do mnie. Zaczyna się wir samookaleczań i nienawiści do samej siebie. Nawet przestała przeszkadzać mi myśl, że cofam się o miesiące mojej i innych ciężkiej pracy. Więc co się zmieniło? Niby nic, a jednak tak ogromne znaczenie miało to wszystko. Zrobiłam pierwszy krok na drodze do złapania kontaktu z ludźmi z mojego roku; zorganizowałam domówkę, która co prawda nie wyglądała tak, jak to sobie zaplanowałam, ale przynajmniej poznałam lepiej parę osób i mam się do kogo odezwać podczas zajęć. Pracuję nad skurczeniem żołądka, ale żeby nie dać się zwariować, odciągam swoje myśli od jedzenia na wszystkie możliwe sposoby. Kuchnię na razie omijam szerokim łukiem, tak na wszelki wypadek; nie przesiaduję też godzinami w supermarketach przy działach ze słodyczami. Kiedyś lubiłam oglądać jedzenie. Wychodząc później ze sklepu z pustymi rękami czułam, że mam władzę nad własnym ciałem i umysłem. Ale nie jestem już taka silna, jak kiedyś, więc wolę nie ryzykować. Czasami jestem zmuszona przespać głód, chociaż wiem, że nie jest to dobry pomysł. Zbyt często zdarza mi się uciekać przed trudnościami w sen i przez to w przeszłości niejednokrotnie zaniedbywałam obowiązki. Nie ważyłam się już prawie tydzień. Planuję zrobić to jutro i strasznie się stresuję. Przez pewien czas wydawało mi się, że wyzdrowienie będzie polegało na dojściu do momentu, kiedy mogę jeść wszystko, na co mam ochotę. Otóż nie. Nawet jeśli przez pewien czas wmawiałam sobie i innym, że tak właśnie jest. Nie potrafię funkcjonować normalnie bez poczucia kontroli. Tak więc nie będę już udawać, że radość sprawia mi spędzanie całego dnia w łóżku z pizzą, coca-colą i słodyczami. Śmieję się, a tak na prawdę chce mi się wrzeszczeć. D. będzie pewnie niepocieszony, bo to jego najbardziej przeraża perspektywa życia z osobą wiecznie liczącą kalorie i kontrolującą wagą. Sam wiele razy mówił mi, że chciałby kiedyś zabrać mnie na kolację, zjeść ją, być spokojnym i wiedzieć, że i ja czuję się komfortowo. Nie będzie tak i najwyższa pora, żeby zrozumiał, że w jedzeniu nie ma dla mnie nic romantycznego i komfortowego. Dla niego kontrola, to objaw choroby. Ciężko będzie przekonać go, że to mój sposób na autentyczne szczęście.



piątek, 8 listopada 2013

Śmiało! Otwórz skórę, by polała się krew.

Znowu powraca to poczucie bezwartościowości. Dobija mnie świadomość, że w niczym nie jestem dobra ...w większości rzeczy nie jestem nawet przeciętna. Na treningach chujowo. Moje ciało mnie ogranicza. Jak mam się rozwijać, kiedy każdy mój ruch przypomina mi o tym, że jestem gruba? Zrezygnowałam z pracy. Głównie przez rodziców, którzy kompletnie jej nie popierali. Ale dla mnie też nie była ona jakoś szczególnie ważna. Jedyne, co mi dawała, to poczucie, że nie jestem aż tak beznadziejną osobą, za jaką większość ludzi mnie ma. A z drugiej strony jeszcze bardziej utwierdzała w tym przekonaniu. Zależy, z jakiej strony na to spojrzeć. W takiej sytuacji ciężko jest mi przekonać samą siebie, że zaburzenia odżywiania nie były jakąś wartością ...nie jakąś - główną wartością. Robiłam coś, na czym się znałam i byłam w tym najlepsza w moim otoczeniu. One mnie definiowały. Kim byłam? Byłam bulimiczką, A kim jestem? Nie wiem. Studentką? Moje studia mnie nie określają. Nie istnieję na nich. Co z tego, że chodzę na wykłady, kiedy nie czuję się częścią tej "społeczności studenckiej". Ostatnio nawet do tego stopnia, że nie potrafię zabrać głosu podczas zajęć, nawet wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia.
Chociaż wzbraniam się przed tym, jestem coraz bliżej powtórki z zeszłego roku. Może tak będzie najlepiej? Byle nie wrócić do tego, co było dwa lata temu.
















wtorek, 15 października 2013

"Na pewno nie wszystko, co warto, to się opłaca, ale jeszcze pewniej (...) nie wszystko, co się opłaca, to jest w życiu coś warte."

Pierwszy miesiąc nowego roku akademickiego mija mi pod znakiem zmian, ambicji i planów, które coraz trudniej jest zrealizować. Chciałam wreszcie zmienić ten wizerunek siebie olewającej wszystko; beztroskiej dziewczynki ...dziecka. Mam w końcu pracę i nareszcie dotarło do mnie, że teraz, to ostatni dzwonek na rozpoczęcie działań na rzecz przyszłości. Pracuję dalej w tym klubie muzycznym, o którym kiedyś wspominałam, tyle że nie jest już to praca dorywcza. Musiałam zdeklarować się do pracy co najmniej trzy dni w tygodniu, co bardzo nie podoba się moim rodzicom, zwłaszcza tacie. Parę razy załapałam się też do pracy, jako asystentka fotografa w sesjach zdjęciowych. Było jednym z ciekawszych doświadczeń ostatniego czasu i zastanawiam się nad zrobieniem jakiegoś kursu. Patrząc tak na to teraz widzę, że parę rzeczy mi się udało. Ale im bliżej jestem swojego celu (chociaż i tak to jeszcze baardzo daleko), tym częściej włącza mi się tryb odpuszczania. Może to to, o czym mówi moja terapeutka - boję się pokazać innym, że potrafię być skuteczna. Najlepiej zgrywać osobę, której na niczym nie zależy, bo wtedy, jeśli coś mi się nie uda nie będę musiała przyznać się do porażki. Tylko że w ten właśnie sposób wytworzyłam sobie opinię osoby, której nie traktuje się poważnie i nie powierza się ważnych zadań, bo generalnie ciężko na niej polegać. Cały ten mechanizm to moim zdaniem nic innego, jak wyuczona bezradność, o której uczyłam się w zeszłym roku. Wróciłam na treningi w beznadziejnej formie i znowu zaczynam zastanawiać się, czy warto w ogóle jeszcze walczyć o miejsce w Mistrzostwach Polski ...zwłaszcza, że na tegoroczny nabór przyszło naprawdę dużo świetnych osób. Zapisałam się na francuski, którego co prawda uczyłam się przez trzy lata w liceum, ale na pewno nie będę w stanie zdać go na koniec roku na poziomie B2, więc taki egzamin będę musiała zdać z angielskiego. To, mam nadzieję, nie powinno być dla mnie problemem. Jeszcze w sumie zastanawiam się, czy nie zostać w mojej grupie dedykowanej na angielskim. Wtedy nie musiałabym robić praktycznie nic i jeden przedmiot miałabym z głowy. Czyżby mi zależało?


piątek, 27 września 2013

Two can keep a secret if one of them is dead.

Niedawno miał urodziny mój były chłopak. Ten, który jako pierwszy dowiedział się o moim problemie i (siłą) zaprowadził na wizytę do psychiatry, a dwa miesiące później rzucił, bo jak sam twierdził, brakło mu siły do mnie i moich problemów. Albo może po prostu nie mógł znieść faktu, że nie byłam zakochana w nim nawet w połowie tak, jak on sam w sobie. Denerwowała mnie jego zarozumiałość i samouwielbienie, w które często zdarzało mu się popadać. Ale mimo wszystko jestem mu wdzięczna za to, że pomógł mi wtedy ...wbrew mojej woli. Po wypisie ze szpitala mój ówczesny lekarz stwierdził, że gdyby nie on, najprawdopodobniej bym już nie żyła. No więc napisałam do niego z życzeniami i wywiązała się całkiem ciekawa i długa rozmowa. Może za ciekawa ...i za długa. Naopowiadał mi dużo dziwnych rzeczy o tej grupie teatralnej, w której kiedyś byłam (tam się poznaliśmy). Naopowiadał i zabronił mówić o tym komukolwiek. Ma rację w sumie, bo gdyby to wszystko wyszło na jaw wielu ludzi miałoby poważne problemy. Ale może ludzie powinni się o tym dowiedzieć... O ile w ogóle to jest prawda. Wiem, że w tej grupie działo się wiele złych rzeczy, o których pojęcie miała garstka osób, ale czy to wszystko było aż takiej rangi? A może on to wszystko sobie ubzdurał? Nie zdziwiło by mnie to, biorąc pod uwagę jego styl życia i zamiłowanie do używek. Może od tego wszystkiego poprzestawiało mu się w głowie. Nie jest dla mnie do końca wiarygodnym źródłem informacji. Co nie zmienia faktu, że dużo o tym wszystkim myślę i chciałabym się dowiedzieć, jaka jest prawda. A nie dowiem się, bo nie mogę o tym mówić. Mój tata przesiaduje teraz w pracy jeszcze dłużej i nawet w domu atmosfera jest z tego powodu delikatnie mówiąc - gęsta. Zabrałam więc swojego kota i wróciłam do Krakowa. Nie chodzi o to, że jestem zła na tatę, że przenosi pracę do domu. Chciałabym pomóc, ale to oczywiste, że nie mam jak, bo zapewne, to, co wiem i tak jest tylko wycinkiem całej sprawy. Z resztą ja nie mam z nią nic wspólnego. Teraz jest mi naprawdę głupio, że oskarżałam ich o szpiegowanie mnie, kiedy oni na prawdę mają swoje większe problemy. Wolałam więc wyjechać, bo chociaż sprawa bezpośrednio mnie nie dotyczy, to bardzo mnie męczy.
Ludzie... nie powierzajcie mi więcej sekretów. Już wolę o nic nie pytać.

Korzystając z ostatnich dni wakacji postanowiłam nadrobić zaległości w filmach, których wstyd przyznać, że jeszcze nie widziałam. Sięgnęłam więc do twórczości Almodovara. "Skóra, w której żyję", "Przerwane objęcia", a poźniej jeszcze Kubrick i jego "Mechaniczna pomarańcza". W każdym z nich wspólny pierwiastek - przemoc. Nie mówię, że propagowanie jej, ale jednak... Momentami musiałam robić sobie przerwy w oglądaniu ich, bo czułam, że zwyczajnie nie dam rady. A nie potrafię zostawić filmu niedokończonego. Chociaż wszystkie pod względem technicznym były świetne, to jednak oglądanie ich strasznie mnie zmęczyło. Dzisiaj przypadkiem trafiłam na coś, czego teraz potrzebowałam.


"Ave" - film, o którym nie było słychać, a przynajmniej ja dowiedziałam się o nim dopiero dzisiaj i obejrzałam od razu, tak bardzo nie mogłam się go doczekać. I nie zawiodłam się. Lubię opowieści, które chociaż momentami są oderwane od rzeczywistości, to jednak mają w sobie tą prawdziwość ...bez zbędnego upiększania.

czwartek, 26 września 2013

We are your friend. You’ll never be alone again

Do czego to doszło, że ja doradzam innym, jak ogarnąć swoje życie jeśli chodzi o jedzenie. Napisała do mnie dzisiaj znajoma z pytaniem gdzie można kupić ocet jabłkowy. No i z tego zaczęła się dłuższa rozmowa. Okazało się, że ona ostatnio znowu przestaje sobie radzić. Wiem, że nie ma psychologa, ani lekarza, więc starałam się zmienić jej zdanie na ich temat. A później mówiłam, co z mojego doświadczenia może pomóc. Mam tylko nadzieję, że nie pogorszyłam sytuacji. Kiedy tak rozmawiałyśmy poczułam się, jakby ten problem był już tak daleko za mną, a przecież jeszcze dzień wcześniej rozbeczałam się przy posiłku. To też było dziwne. Jadłam sama. Nikt nie zmuszał mnie do jedzenia. Nie mogłam po prostu ocenić, czy jestem głodna. To jest jedna z tych gorszych rzeczy, które zostały mi do tej pory. Mam już dość tego, że mój żołądek nie wysyła żadnych sygnałów do ośrodka sytości. A może wysyła, tylko nie są one odbierane? W każdym razie mam ogromny apetyt i praktycznie nigdy nie przestaję być głodna, nie mówiąc tu już o sytości. Każdy posiłek muszę kontrolować. Bo skoro zjadłam koło 5 kanapek, dwie spore porcje płatków z mlekiem i zapiłam jeszcze koktajlem, to chyba niemożliwe, że dalej jestem głodna? Moja waga na szczęście nie wzrasta (staram się utrzymywać aktywność fizyczną), ale też nie spada. Powtarzam sobie, że przecież jest w porządku, ale nie jest do cholery! "Mam rubensowskie kształty!?"
Teraz to tylko moment słabości, bo generalnie jestem pewna czego chcę - być zdrowa i uszczęśliwiać moich bliskich, a nie ściągać ich na dno. Rozmawiałam dzisiaj z moją mamą. Mówiła mi, że rozmawiała ze swoją siostrą - mamą F. U niej znowu jest tragicznie. Lekarze załamują ręce i plują sobie w brodę, że za szybko odstawili jej leki. Teraz tylko czekać, aż znowu trafi do szpitala. A ja znowu przestaję wierzyć, że ona z tego wyjdzie. Niby dużo o tym rozmawiałyśmy, ale ja tak na prawdę nie wiem, czy ona nie widzi tego, jak wykańcza swoich bliskich, czy nie chce  tego widzieć ...a może to objaw choroby. Ja nie byłam lepsza, ale cierpiałam przez to strasznie. Właściwie tylko dlatego zgodziłam się na hospitalizację. No, może też przez to, że wiedziałam, że grozi mi ubezwłasnowolnienie, a tata powiedział, że nie może już patrzeć, jak wykańczam mamę i jeśli ma wybierać, to wybiera ją. I chociaż wtedy sprawił mi tym ogromną przykrość, to teraz widzę, jak bardzo mi tym pomógł. W ogóle w tej swojej bezwzględności moi rodzice wykazali się dużą roztropnością. Chociaż był i kryzys, kiedy moja mama mówiła, że albo ona, albo ja wyląduję w psychiatryku i kłócili się z tatą, i oboje nie wyrabiali, to jednak podczas mojego pobytu w szpitalu uporządkowali swoje życie na nowo i całkowicie zmienili podejście. Mama bardzo długo mnie tam nie chciała odwiedzać ...w zasadzie to była tam tylko raz. Ale widocznie tak było dla niej lepiej. Myślę, że ich sposób jest dobry. Zostawili mnie w spokoju. Zapewnili warunki do leczenia i opłacają moją terapię, ale nie nie mówią mi, co mam robić. Oni mają swoje życie, a ja swoje. Nie kontrolują mnie, chociaż mi czasem zdarza się ich o to podejrzewać (sprawa z czytaniem mojego bloga okazała się pomyłką). Moja mama znalazła swoją odskocznię. Od prawie dwóch lat kilka razy w tygodniu chodzi na fitness. Może brzmi to śmiesznie, ale jednak widać, że i dla niej wysiłek fizyczny ma zbawienny wpływ. Mama mówi cioci, że i ona powinna zostawić F, ale ona nawet nie chce tego słuchać. A moim zdaniem to by pomogło. Co z tego, że wszyscy ją kontrolują, skoro już piąty raz doprowadziła się na skraj wyczerpania? Nie zauważyli jeszcze że to nie działa? Ona i tak robi, co chce. Może trochę wcześniej trafiłaby do szpitala, ale i to pewnie wyszłoby jej na dobre.

piątek, 20 września 2013

Come fly with me, let's fly away

Sporą część mojej ostatniej terapii poświęciłam na szukanie przyczyny tych wszystkich złych rzeczy, które miały miejsce zeszłej jesieni. Niewiele mam konkretnych wspomnień z tego czasu, jak z resztą z każdego okresu nawrotu choroby. Jedno wiem na pewno - byłam wtedy dziwna; robiłam nienormalne rzeczy, które wtedy wydawały mi się jak najbardziej właściwe. Ale co tak naprawdę było tego przyczyną? Bezsenność, czy jak twierdzi moja psycholożka (nazwijmy ją pani D.) - przesadzanie z używkami? A może jeszcze coś innego? W każdym razie nie dziwię się, że osoby, które wtedy poznałam nie chcą mieć ze mną teraz nic wspólnego. Opowiadanie im idiotycznych historii z mojego życia, recytowanie wierszyków, czy śpiewanie rymowanych piosenek zdecydowanie nie przyciągnęło do mnie tłumów. Wspólne obżarstwo i wymiotowanie z Anastazją teraz wydaje mi się czymś równie absurdalnym, jak gdybyśmy wbijały sobie noże w brzuchy. I ja i ona jesteśmy już spory kawałek drogi za tym wszystkim. Dlatego właśnie Anastazja nie czuła się komfortowo w towarzystwie Cassie, która przez prawie rok od naszego ostatniego spotkania nie ruszyła praktycznie z miejsca. Ja jakoś pomimo wszystko chciałam się z nią znowu spotkać. Naprawdę nie widzę nic złego w tych znajomościach. Pani D. nie popiera ich oczywiście; tak samo, jak moja rodzina, czy chłopak. Ale równie trafnie zauważyli oni, że niewiele mają w tej kwestii do powiedzenia, bo ja i tak zrobię to, co będę chciała. A z mojej strony nie jest to bezsensowny bunt dla samego buntu. Zależy mi na tych relacjach, bo pomimo wszystko te dziewczyny pomogły mi bardzo i  czasami były jedynymi, z którymi mogłam na pewne tematy porozmawiać.
Wizyta w poradni uzależnień już za mną. Nie było tak strasznie. Mam papierek z pieczątką i podpisem, a lekarz nie będzie się mnie już czepiał. Ceną za święty spokój, było pół godziny spędzone w towarzystwie bardzo nieprzyjemnej i brzydkiej pani mówiącej coś o zaburzeniach osobowości. Wyszłam stamtąd najszybciej jak się dało i zatrzasnęłam za sobą drzwi raz na zawsze. Boże, dziękuję Ci, że mam takiego świetnego psychologa, jakim jest pani D! Będę doceniać jeszcze bardziej.


czwartek, 19 września 2013

In a world of magnets and miracles

I jest na świecie nowy człowiek. Moja siostra urodziła w poniedziałek. Jej córka - Mania, tak ją nazwijmy urodziła się zdrowa i piękna. Nie przypuszczałam, że aż tak się tym wszystkim przejmę. Do końca martwiłam się, że lekarze jednak coś przeoczyli i urodzi się chora, albo nawet martwa. Czułam się za to odpowiedzialna. Bo kiedy w mojej głowie pojawiała się myśl "jeśli to zrobisz, zaszkodzisz jej", starałam się ją zagłuszyć. Niby robiłam to, bo wiedziałam, że moje myślenie pod tym względem nie jest do końca normalne, ale jednak cały czas obawiałam się, że to jednak faktycznie może tak działać.  Bo o tym chyba jeszcze nie wspominałam. Jest coś takiego, jak myślenie magiczne i w moim przypadku polegało ono na wmawianiu sobie, że z mojego zachowania wynikają rzeczy, które tak na prawdę nie mają z nim nic wspólnego. Np.: jeśli zdam ten egzamin, Mania urodzi się chora; jeśli dzisiaj napiję się alkoholu, bliska mi osoba będzie miała jutro wypadek samochodowy; albo takie, jak w dzieciństwie - jeśli idąc chodnikiem nadepnę na łączenie płytek, dostanę w szkole złą ocenę. I najgorsze jest to, że jeszcze do paru miesięcy wstecz działało to na poziome mojej podświadomości i chyba się sprawdzało. Ale wracając do tematu - pomimo, że zwalczałam to dziwne rozumowanie, cały czas obawiałam się, że z mojej winy coś pójdzie nie tak. Jakże bardzo odetchnęłam z ulgą, kiedy po przebudzeniu odczytałam smsa od mamy z cudowną nowiną. Wczoraj byłam w szpitalu i poznałam Manię. Jest taka delikatna i bezbronna ...i niewinna. Dalej na myśl o niej chce mi się ryczeć. Wczoraj oczywiście nie dałam po sobie poznać, jak bardzo poruszyło mnie to spotkanie. Zaczynam rozumieć moją ciocię, która tak chorobliwie chroni swoją córkę. To mama F. Chociaż ona jest już dorosła, dalej traktowana jest przez mamę jak dziesięciolatka. I nie chodzi o to, że ja to popieram. Nie popieram, broń Boże! Ale na samą myśl o tym, że Mani mogłaby stać się krzywda chce mi się rwać włosy z głowy, a to nawet nie jest moje dziecko. Chcę ją uchronić przed całym złem, a jak inaczej to zrobić, jeśli nie przez kontrolę? Zaczęłam się zastanawiać też nad okolicznościami, w jakich dowiedziałam się o ciąży mojej siostry. Parę dni wcześniej zmarła mama P. Radość z nowego życia kontrastowała tak strasznie z rozpaczą po utracie najbliższej osoby. Jakby się zamieniły...


piątek, 6 września 2013

"I walked into love. I walked into a minefield I never heard of"

I z D.znowu jest dobrze ...bardzo dobrze. Pomimo wszystko jestem z nim szczęśliwa. Jedna sprawa wyjaśniona. Pierwszy egzamin za mną. Wczoraj pisałam psychologię. Dzisiaj mają być wyniki. Czarno to widzę. Mam nowe współlokatorki. Dziwnie... Ogromny napad głodu za mną. Mogło być gorzej. Nie wymiotowałam. Jestem ogromna.  Jakby spuchnięta. Ale to nie opuchlizna, tylko tłuszcz. Tęsknię za X. Nie wiem, co się z nim dzieje, ale wiem, że nie jest dobrze. I tęsknię, a przecież minął już rok. Pamiętasz o mnie w ogóle?


Dzisiaj było tragicznie. Na szczęście miałam terapię i pomogło. Śmiałam się dużo. A może to był ten śmiech maskujący płacz? Nieważne; wyszłam zadowolona. Spotkałam się z Anastazją.


Pozdrawiamy.

środa, 4 września 2013

"Our girl is gone. God bless her little soul"

Powoli zaczyna docierać do mnie, że na niektóre rzeczy w moim życiu jest już za późno; że świat, w którym żyją moje myśli jest iluzją, że inni nie mogą zrozumieć mojego zachowania, bo widzą rzeczywistość taką, jaką jest ...w przeciwieństwie do mnie. Patrzę na moich rówieśników i dopiero teraz zauważam, że oni już się usamodzielnili, albo co najmniej są na dobrej drodze ku temu. Poszli na studia, które przygotują ich do konkretnych zawodów i dokładają wszelkich starań, aby wyciągnąć z nich jak najwięcej. Traktują życie poważnie. Pracują, planują przyszłość, szukają osób z którymi mogliby żyć, a nie tylko spędzić miło czas. Dbają o swoje zdrowie, bo i jego wartość dostrzegają. A ja? Studiuję, żeby studiować, chociaż wiem, że na pracę w przyszłości mam marne szanse. Pracuję dorywczo, a żadna wypłata nie wytrzymała w moim portfelu dłużej, niż 24 godziny. Żyję tylko trochę. Niby ciągle coś robię. Dużo podróżuję, czytam, oglądam, zwiedzam, mam chłopaka, ale cały czas nie daję z siebie wszystkiego, bo wiem, że w razie czego mam gdzie uciec. Wystarczy, że przestanę jeść, albo zacznę się obżerać i wymiotować. I jeśli tylko coś się nie uda, będę mogła uciec do świata, który do tej pory wydawał mi się bezpieczny i taki tylko mój. Bo jeśli nie sprostam jakiemuś zadaniu, nie spełnię czyiś oczekiwań, albo coś mi nie wyjdzie, będę mogła wrócić do tego, w czym jestem całkiem niezła, a w moim najbliższym otoczeniu - najlepsza. Ludzie będą kręcić głowami i mówić różne rzeczy, ale gdzieś tam, podświadomie przyznają, że jednak muszę być silna, skoro zrobiłam coś, na co ich samych nie byłoby stać. Trochę smutno, że pisząc to dalej dostrzegam w tym sens, ale chyba dobrze, że przynajmniej zaczynam rozumieć, że to złe i że jeśli nie chcę zmarnować życia sobie i najbliższym, to teraz jest właśnie ostatnia szansa na zmiany. Więc teraz pomimo, że do pierwszego egzaminu poprawkowego został jeden dzień, a ja nie ruszyłam jeszcze praktycznie materiału, wyśpię się, a rano przysiądę konkretnie do pracy. I to chyba spory krok do przodu, że chociaż trzymałam już w dłoni garść leków, schowałam je z powrotem do pudełka. Teraz pewnie byłabym w mojej krainie czarów i leżałabym beztrosko słuchając tylko dźwięków wydawanych przez mój organizm i przyglądając się grze światła w pokoju, taka spokojna, albo wręcz bezwładna; chociaż przez ten jeden wieczór zapominając o tym darciu w mojej głowie. Tęsknię za tym stanem; tęsknię za beztroską i za przeświadczeniem, że mogę wszystko, na wszystko mam czas.

środa, 28 sierpnia 2013

"Po raz kolejny wracam, bo chyba mam to szczęście, że są ulice za którymi dalej tęsknie."

Przedwczoraj wróciłam z Bułgarii. Praktycznie od pierwszego dnia odliczałam dni do powrotu do domu. Cały czas między mną i D. ewidentnie coś nie grało. On bez przerwy gnoił mnie (świadomie, lub nie) za wszystko. Wypominał mi pierdoły sprzed roku, a ja w złości nie byłam mu dłużna. Później dostałam salmonelli i od trzeciego dnia do końca pobytu żywiłam się tylko sucharami. W ciągu dnia chodziłam na plażę, ale wieczorami zostawałam sama w pokoju, bo nie miałam już siły, ani ochoty nigdzie z nimi wychodzić. D. stwierdził, że całe to "zatrucie" to tylko moja fanaberia wymyślona na potrzeby diety. Tak więc pierwszego dnia zostawili mnie samą z 40 stopniami gorączki, rzygającą po każdym łyku wody, a sami poszli do miasta i wrócili pijani o 4 nad ranem. D. wpakował mi się do łóżka, bo nie docierało od niego, że bijący od niego zapach alkoholu tylko pogarsza moje samopoczucie. Trochę chyba przetrzeźwiał, kiedy przytulił się do mnie i stwierdził, że parzę. Nagle dotarło do niego, że tym razem nie chodzi o moje pojebanie. Zaczął okładać mnie jakimiś mokrymi chustami i kazał wejść pod zimną wodę, ale zanim zczaił, że mam w dupie jego pomysły, zasnął pijany. Przez cały wyjazd zastanawiałam się, jak zakończyć ten związek. Chciałam tylko dotrwać do powrotu o domu, żeby jeszcze bardziej nie spieprzyć tych wakacji. Dotrwałam. Po powrocie rozmawialiśmy i nic się nie zmieniło. Dalej jesteśmy razem, bo chociaż duszę się w tym wszystkim, to nie wyobrażam sobie, żeby nagle zabrakło go w moim życiu. W sumie sama nie wiem, czego oczekiwałam - że będziemy się spotykać na kawkę, jakby nigdy nic? Że zerwiemy, ale dalej będziemy razem, ale nieoficjalnie, bez tych wszystkich formalności i zobowiązań? Szczerze? Tak - właśnie tego bym chciała. Związku, w którym nikt nie ma prawa być zazdrosnym, wtrącać się w pozostałe aspekty życia drugiej osoby, oczekiwać czegokolwiek. Może i byłoby to puste; może i mówię, jak gówniara, ale ja tego teraz potrzebuję. I tak, jak myślałam, kiedy to wszystko się zaczynało - teraz wszystkim niepotrzebnie jest przykro. Wiedziałam, że nie powinnam była pakować się w żadne takie relacje, bo to nie skończy się dobrze. Niektórzy chyba faktycznie nie nadają się do tego. I o to mam trochę żal do mojej terapeutki. To ona namawiała mnie do tego, żebym spróbowała, żebym wreszcie dopuściła kogoś do siebie. A teraz twierdzi, że ten związek jest toksyczny i bez sensu. A ja od początku wiedziałam, że nie ma po co się w to pakować.
Tak więc nie mogę doczekać się powrotu do Krakowa. I nawet cieszy mnie to, że mam te poprawki w najbliższych tygodniach, bo przynajmniej bez wymyślania wymówek mogę wyjechać i mieć wyjebane na wszystkich.


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Good girls don't swallow

Jakie upokorzenia spotkają mnie, jeśli nie wezmę się teraz za siebie:
* zobaczą mnie grubą na uczelni
* zobaczą mnie grubą na treningach (i znowu stracę szansę na mistrzostwa)
* lekarz zobaczy mnie grubą na wizycie kontrolnej
* moje nowe współlokatorki zobaczą mnie grubą i taką mnie zapamiętają
* rodzina zobaczy mnie grubą

W drugiej połowie ubiegłego tygodnia było już odrobinę lepiej. Chociaż desery mogłam sobie odpuścić. Pierwszy raz od bardzo dawna miałam wyrzuty sumienia przez to, że nie zwymiotowałam. Odkąd zaczęłam naprawdę starać się wyjść z tego syfu, wyrzuty sumienia pojawiały się raczej po wymiotowaniu. Źle mi z tym, że nie ćwiczę. Upały doprowadzają mnie do szału. Od dwóch tygodni temperatura w ciągu dnia nie spada chyba poniżej 35 stopni. Weekend spędziłam w Krakowie, który zdecydowanie mi służy. Jadłam to, co planowałam i chociaż momentami udało mi się poczuć lepiej.

Dziwna sytuacja z D: Najpierw ni stąd ni zowąd zapytał mnie, czy czasem nie ciągnie mnie znowu do różnych dziwnych leków i innych substancji psychoaktywnych. Próbowałam się tego wyprzeć, ale w końcu sama zaczęłam się motać w tym, co mówiłam i koniec końców wyśpiewałam wszystko, łącznie z tym, co udało mi się ukryć przez ostatnie parę miesięcy - skierowaniem na terapię uzależnień. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, kiedy przyznawałam mu się do wszystkiego, co jeszcze bardziej go rozwścieczyło ...a nie powinno, bo dobrze wie, że zazwyczaj kiedy chce mi się ryczeć wybucham takim właśnie bezczelnym rechotem. No i im bardziej on na mnie krzyczał, tym bardziej się śmiałam. I nie mogłam przestać, chociaż naprawdę chciałam, bo wszystko działo się w samochodzie, a D. momentami nie patrzył już nawet na drogę. W końcu udało mi się uspokoić, ale tylko na ułamek sekundy, bo po chwili z oczu zaczęły mi lecieć łzy, których również za cholerę nie mogłam powstrzymać. Ale to chyba lepiej, bo dopiero mój płacz go uspokoił. Mam wrażenie, że D. nie lubi, kiedy jestem silna. Nasz związek wbrew pozorom najlepiej układa się wtedy, kiedy - przynajmniej w jego mniemaniu - potrzebuję opiekuna. Najwyraźniej on dobrze czuje się w roli niańki, która musi dopilnować, żebym jadła, nie przeczyszczała się, spała, nie nadużywała czegokolwiek. Sam kiedyś powiedział mi wprost, że już wolał te problemy, które mieliśmy, kiedy byłam w gorszym stanie - wtedy może i kłóciliśmy się często, ale przynajmniej nie był zły na mnie, bo to nie ja go denerwowałam, tylko moja choroba. Tak więc dzisiaj, kiedy tak siedziałam i słuchałam jego wywodu na temat mojej bezmyślności w mojej głowie drugi głos wydzierał się równie głośno. I nic nie poradzę na to, że uczucie przykrości z zaistniałej sytuacji przyćmiła duma. B. rzadko kiedy mnie nagradza, ale dzisiaj czułam, jak tryumfuje. Pozwoliła mi myśleć o sobie w pozytywny sposób - "jak chcesz to potrafisz".



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem"

Korzystam z wakacji. Staram się zachwycać światem, patrzeć dalej, niż na koniec własnego nosa. Chcę dać bliskim możliwość spędzenia czasu bez moich problemów, więc jem i staram się nie zachowywać w sposób, który ich denerwuje. Więc czasem wolę po prostu nie odzywać się w ogóle, bo jeszcze mimowolnie wyrwałby mi się z ust tek krzyk, który duszę. I tak też jest źle. "Dlaczego nic nie mówisz? Jesteś zła/ smutna/ zdenerwowana? Jeśli masz zamiar się tak zachowywać, to trzeba było siedzieć w domu." I tak dalej. W domu siedzieć nie będę. Kiedy tylko zostaję sama, moje ciało i jedzenie znowu wychodzi na pierwszy plan. B znowu do mnie mówi ...bez przerwy. Krytykuje każdy mój ruch. Ale nie dam po sobie tego poznać. Nigdy nie wynikło z tego nic dobrego. Moje ciało wygląda okropnie. Upokarzające jest dla mnie to, że w takie upały nie mogę go skutecznie ukryć, a tak, jak już mówiłam, siedzenie w domu nie wchodzi w grę. Znalazłam sposób na zagłuszenie tego chaosu. Chociaż wiem, że nie jest on konstruktywny, to dalej w niego brnę, bo innych nie mam. Nieubłaganie zbliża się też termin mojej wizyty w poradni uzależnień, do której zmusił mnie lekarz. Nie wspominałam o tym wcześniej, bo było mi zwyczajnie wstyd, ale to chyba dość istotny fakt ...więc mówię. Na ten moment nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Chociaż wiem, że powinnam powiedzieć całą prawdę, nie wydaje mi się to możliwe. Nie potrzebuję kolejnej diagnozy do papierów, które i tak są już wystarczająco zasyfione. Nie wiem, jak zniosę pobyt w Bułgarii. Jak pokażę się na plaży w bikini, które odsłoni nie tylko moje tłuste nogi i nienaturalnie napęczniały brzuch, ale też blizny po samookaleczaniu. Moje ciało jest żałosne. Ja jestem żałosna.


Nie mogę spać.

piątek, 19 lipca 2013

"Może by tak odebrać sobie samobójstwo?"

Dopiero teraz czuję, że są wakacje. Chyba nie chodzi nawet o to, że przyjechałam do domu rodzinnego. Wydaje mi się, że do tej pory wszystko, co robiłam było skrupulatnie zaplanowane wcześniej. Dopiero od wczoraj pozwalam sobie robić to, na co mam ochotę, co nie znaczy, że nie robię nic pożytecznego. Dzisiaj przeniosłam się do nowego pokoju, a więc jeden z planów na wakacje wykonany. Moja sypialnia jest teraz na poddaszu, w dużo jaśniejszym i większym pokoju. W oknach nie ma jeszcze rolet,  co oznacza, że nie będę mogła zrobić z niego nory, w której do tej pory zamykałam się sama ze swoimi myślami. Z okien rozpościera się widok na góry, a kiedy położę się na podłodze, mogę przez nie oglądać niebo. Mam tylko nadzieję, że podczas lunatykowania, które zdarza mi się dość często nie spadnę z drabiny prowadzącej na poddasze. Jutro jadę po nowego lokatora mojego pokoju - kotka, którego biorę od Sereny. Z D. wszystko układa się świetnie. Tak dobrze, jak teraz, nie było już dawno. Niepokoi mnie tylko jedna rzecz - chyba za bardzo zaczynam zżywać się z jego rodziną. Przez ostatni tydzień był u mnie Alex i N. Ten czas planowałam od dawna, a nic to nie dało, bo pomyliłam się co do dat moich innych planów i w efekcie na trzy dni musiałam zostawić ich w Krakowie samych. Z D. zdecydowaliśmy już, że jego urlop spędzimy w Bułgarii. Bardzo mi ta opcja odpowiada, zwłaszcza, że dwa miesiące temu byliśmy w Norwegii, a na październik planuję wypad do równie zimnego i deszczowego Londynu. Ciepłe morze będzie miłą odmianą. A teraz uwaga! News roku: LEKARZ ODSTAWIŁ MI JUŻ CAŁKIEM LEKI!!! To znaczy, że pierwszy raz od trzech lat jestem wolna! Teraz już nikt nie będzie mi mówił, że czegoś mi nie wolno, bo jestem na psychotropach! Ma to też swoje wady oczywiście. Ale to nieważne! Nauczę się brać za siebie odpowiedzialność, chociaż wcale mi się to nie uśmiecha. Kiedyś trzeba. Mam tylko nadzieję, że wszyscy nie przyzwyczaili się za bardzo do kontrolowania mnie.

piątek, 5 lipca 2013

"Nie roztrzaskałam skroni o podłogę póki co"

Wakacje to pojęcie względne. Co z tego, że mam trzy miesiące wolnego, skoro we wrześniu czekają mnie cztery egzaminy.Wystarczyło jedno potknięcie żebym odpuściła już całkiem. Przynajmniej kontrolowanie posiłków mi wychodziło ...do wczoraj. Dzisiaj zjadłam już 2 tys. kalorii i do tego dalej jestem głodna. Ale już nie zjem nic. Od paru godzin oglądam thinspiracje i umówiłam się z Anastazją (to nowa ksywka dla A.). Za to w czerwcu odnowiłam kontakt z Effy. Zaprosiła mnie do siebie na parapetówkę i poznałam tam sporo ciekawych ludzi (głównie kuglarzy). Nowe znajomości już okazały się bardzo przydatne i mam nadzieję, że w przyszłości zaowocują jeszcze bardziej. Kupiłam jeszcze jedno diabolo, poi i kij treningowy, co wiąże się nowymi wyzwaniami na wakacje. 

Ostatnio za nic nie mogę pogodzić się ze swoim ciałem. Dalej go nie akceptuję, ale zdarzały się dni, kiedy nie wstydziłam się założyć krótkich spodenek, czy sukienek. Teraz wolę ukrywać je pod warstwami ubrań, co nie jest łatwe w tak upalne dni. Zwłaszcza, że nie marznę już tak, jak wcześniej. Przez jakieś ostatnie dwa tygodnie nie mam siły kompletnie na nic, nawet na spotkania ze znajomymi, czy z D., nie mówiąc już o ćwiczeniu. Oczywiście staram się widywać z ludźmi, bo wiem, że w moim przypadku izolowanie się od świata kończy się źle. Więc siłą wywlekam się z mieszkania i naprawdę staram się zachowywać przy ludziach normalnie: angażować w rozmowę, śmiać itp. Znowu śpię bardzo dużo (za dużo?), a w międzyczasie realizuję wcześniejsze postanowienia: nadrabiam zaległości w filmach i książkach. Dzisiaj obejrzałam Frankenweenie, czyli pozycję obowiązkową dla każdego, kto określa siebie mianem fana Burtona.







Chociaż nie jest to jedna z moich ulubionych produkcji, to jednak nie da się przejść obok niej obojętnie. To prawdziwy majstersztyk kina autorskiego. Chyba właśnie od nowa złapałam zajawkę na Burtona.













wtorek, 25 czerwca 2013

"I cały misterny plan też w pizdu"

Jak zwykle. Ambitny plan na zaliczenie wszystkich egzaminów w pierwszym terminie też w pizdu. Ale kto do faka wyznacza dziewięć egzaminów w przeciągu dwóch tygodni?! Już wiadomo, że jeden dzień września spędzę na uczelni. Aktualny poziom mojej motywacji jest bliski zeru. Potrzebuję wakacji! Mam ochotę olać już to wszystko, skoro i tak wiem, że wrzesień spędzę w Krakowie.

niedziela, 23 czerwca 2013

"Mówią do mnie musisz żyć, mówią do mnie musisz jeść!"

Wszystko zmierza ku dobremu. Lekarz zgodził się ponownie zmniejszyć mi dawkę leków. Teraz biorę już tylko jedną tabletkę. I wszystko jest dobrze. Nie mam napadów głodu, myśli różne się pojawiają, ale one przecież były zawsze. Pogodziłam się z tym, że nigdy nie będę chuda. Nawet nie żałuję. Dalej uwielbiam patrzeć na idealnych ludzi, ale nie próbuję stać się jak oni, bo wiem, że w moim przypadku to po prostu nie zadziała. Chcę tylko kontroli nad życiem, jedzeniem, wagą. Zrobiłam sobie 24 godzinną głodówkę, ale nie po to, żeby schudnąć. Dobrze wiem, że od takich numerów się nie chudnie, może ewentualnie traci parę deko na chwilę, ale to z powodu odwodnienia organizmu. Zrobiłam to, żeby udowodnić sobie, że jak chcę, to potrafię i żeby przypomnieć sobie, jak to jest. Świat wygląda jakoś inaczej, staje się taki abstrakcyjny, odczuwa się inaczej ...może nie po jednym dniu niejedzenia, ale zaczynałam już czuć ten dreszczyk. Ale w końcu chciałam udowodnić sobie, że mam kontrolę, więc po 24 godzinach przerwałam. I czuję się teraz naprawdę dobrze, chociaż boli mnie głowa, brzuch i oczy same się zamykają. Czuję się zadowolona z siebie, a u mnie to nie jest częsty stan. Teraz tylko przezwyciężyć zmęczenie i przygotować się na jutrzejszy egzamin z psychologii - kolejna możliwość udowodnienia sobie, że nie jestem takim leserem, za jakiego wszyscy mnie uważają. Jak na razie sesja idzie do przodu i jestem zadowolona.
Na koniec trochę motywujących zdjęć. Nie będę nazywać ich thinspiracjami, bo dla mnie już nimi nie są.



















niedziela, 16 czerwca 2013

"Let's not fight. I'm tired, can't we just sleep tonight?"

Już wiem, czego potrzebowałam ...sukcesu. Wystarczył taki niewielki, jak zaliczenie paru przedmiotów na studiach, żeby zmotywować mnie do dalszej pracy nad sobą. A może to też przez treści, których uczyłam się  w ostatnim czasie? Psychologia ogólna, rozwoju, wychowania itp. Czytałam dużo i zastanawiałam się, jak odnieść to do swojego życia. Po pierwsze tak łatwiej jest mi się czegoś nauczyć, a po drugie może to dobry moment na przemyślenie swojej postawy? Czuję, że wszystko jest w moich rękach. Zaczęłam biegać, zastanowiłam się nad swoim sposobem odżywiania. Skoro nie potrafię zrezygnować z liczenia kalorii, to przynajmniej wyciągnę z tego jakieś pozytywy. Zrobiłam plan na wakacje. Przemyślałam, co chciałabym osiągnąć i jak do tego dojść.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

"You were right, dear - I am cold and self-involved"

To już? Może już jest tak, jak ma być... może czekam na coś, co się nigdy nie wydarzy, bo nigdy nie będzie lepiej. Może to nie choroba, tylko moja osobowość? D. zauważył dzisiaj nowe rany i blizny na moim biodrze. Dla niego to jest najgorsze. Nie może tego pojąć i jak sam twierdzi, wstydzi się mnie przez to. "Myślałem, że jak pójdziesz na studia to wszystko się skończy. Poznasz nowych ludzi. Odpowiedzialnych i zdrowych i zobaczysz, jaka głupia byłaś wcześniej ...że wyrośniesz z tego. Bo to jest przypadłość głupich nastolatek. Dorośli ludzie nie chorują na bulimię. A ty ciągle zachowujesz się, jak dziecko! Nie widzisz, że jesteś już za stara na takie głupoty?!"


Też się siebie wstydzę. Swojego ciała, głupoty, słabości fizycznej i psychicznej. Otaczają mnie sami silni ludzie. Na pierwszym miejscu P, która po utracie rodziców potrafi żyć dalej i radzić sobie z tym. Następnie N. walcząca ze swoimi problemami i wspierająca chorą mamę. Sytuacje, których ja nie potrafię zrozumieć, nie osłabiają ich, a wręcz przeciwnie - dodają siły. Zastanawiam się, co ja zrobiłabym na ich miejscu. Cały czas wydaje mi się, że to nieprawda, że zaszła jakaś pomyłka, przecież tak nie miało być!  I tak strasznie mi głupio, że nie potrafię poradzić sobie z moimi dziecinnymi fanaberiami, kiedy mam przed sobą takie osoby, jak one. Czemu ja, widząc prawdziwą tragedię, nie potrafię zostawić swoich problemików za sobą i stać się podporą dla ludzi, którzy jej potrzebują. Dlaczego nie potrafię dać wsparcia osobom, które kocham? Ciągle zbyt zapatrzona w siebie, z klapkami na oczach, przysłaniającymi mi innych. Ale skoro jestem tego świadoma, to co stoi na przeszkodzie w drodze do zmian? 
Nienawidzę tego, co siedzi we mnie! A z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia bez tego. Przecież to jest część mnie. Jak mam pozbyć się czegoś, co było od tylu lat? Przyzwyczaiłam się do tego tak, jak do faktu, że mam dwie ręce, dwie nogi, oczy usta, czy nos. Czuję się dobrze, kiedy przed zaśnięciem szepczesz mi do ucha motywujące słowa. Tak, czy inaczej, chcę nauczyć się żyć bez Ciebie, B. Chcę być szczęśliwa i dawać szczęście innym. F. uświadomiła mi ostatnio ważną rzecz - moje zdrowie nie jest tylko moją sprawą. To efekt pracy wielu ludzi - lekarzy, terapeutów, rodziny, przyjaciół... I nie pozwolę, żeby  ktoś, kto nie ma o tym bladego pojęcia zniszczył to, nad czym wszyscy pracujemy od lat!



środa, 5 czerwca 2013

"Jaki piękny jest ten świat - tylko czarne, białe"

Znowu nawaliłam. Nie zrobiłam tego, co było tak strasznie ważne! Znowu z mojej jebanej winy! A później zamiast wrócić do rzeczywistości pozwoliłam się mamić dalej. Dzisiaj niczego nie odmawiam!


Tyyyyyyyyyyyle rozkmin o żarciu!

poniedziałek, 3 czerwca 2013

"I'm thinking of leaving school, growing a beard and joining the circus"

Dzień rozpoczęty 'Przekleństwem Millheaven', a zakończony z Cirque du soleil. Rano rozsypka, a wieczorem perfekcja ...perfekcja nie do zniesienia, taka która wywołuje u mnie łzy. Więc siedzę i beczę, bo nie mogę jej pojąć. Nie mogę znieść siebie. Swojego ciała, myśli, uczuć. Nie rzygam już prawie w ogóle, nie przeczyszczam się. Wcale nie czuję się z tym dobrze. Czasem zdarzy mi się znieczulić alkoholem, czy jakąś inną substancją psychoaktywną. Jestem wielką, grubą, rozepchaną na wszystkie strony świnią! nie mogę patrzeć na siebie w lustrze. Chcę przerwy od życia. Teraz, kiedy najbardziej nie mogę sobie na nią pozwolić. Przede mną sesja. Za 3 tygodnie będę mogła robić, co mi się podoba. Tylko na te dwadzieścia parę dni zacisnąć zęby i robić, co trzeba. Na wyciągnięcie ręki leży pudełko moich leków. Podobno wystarczy jeden listek, żeby wyłączyć siebie...


poniedziałek, 13 maja 2013

Food won't take this emptiness away

Coś siedzi we mnie i tak strasznie chce mojej śmierci. Coś, co krzyczy najgłośniej, kiedy jestem sama, a kiedy rozmawiam z lekarzem, czy psychologiem, nie pozwala powiedzieć, co tak naprawdę mnie boli, zmniejsza zasób słownictwa, żebym nie umiała tego wyrazić. Zastanawiam się, czy choroba nie stała się już po prostu częścią mnie. Co jakiś czas wydaje mi się, że już z nią wygrałam, ale kiedy zaczyna być naprawdę dobrze, wraca ze zdwojoną siłą. Mąci mi w głowie, pochłania wszystkie moje myśli, nie pozwala skoncentrować się na niczym innym. Jakby była demonem, który nie może znieść ignorancji. Tłucze się we mnie, przejmuje kontrolę nad moim ciałem, a potem ucicha, ale tylko na chwilę - po to, żeby nabrać sił i uderzyć z zaskoczenia. Nie potrafię skupić się na studiach, cała moja energia zużywa się w walce moich myśli, która nie ustaje nawet we śnie. Im bardziej zaczynam w siebie wierzyć, tym gorsze myśli mi podsuwa. Od trzech lat nie opuszcza mnie nawet na jeden dzień. Wczoraj zasnęłam pełna motywacji, przekonana o szansie na wygraną. We śnie tracę kontrolę nad swoimi myślami. Tak byo i tym razem, a to co przejęło kontrolę, trzyma się teraz kurczowo. Odtwarza w mojej głowie film z przebiegu choroby i próbuje wmówić, że tak było najlepiej ...że walka z lekarzami, rodziną i własnym ciałem czyniła mnie silniejszą, bardziej wartościową osobą. Przypomina mi się jedna sytuacja: jakieś półtora roku temu; jest około 3 w nocy. Leżę w łózku i czuję zapach jedzenia schowanego w lodówce, w kuchni, która znajduje się piętro niżej. Nie dociera do mnie nawet, że to niemożliwe. W tym momencie jedzenie jest wszystkim, czego pragnę. Upewniam się, ze rodzice śpią i bezdźwięcznie schodzę na dół. Wyciągam z lodówki wszystko, co zamierzam zjeść, ale zamin jeszcze zdążę połżyć to na stole, wpycham sobie do ust. Wyjątkowa wyżerka - lodówka pełna wszystkiego (chyba akurat kończyły się jakieś święta). Mieszam smaki. Jem ciasta, sery, dżemy, jakieś mięso, czekoladę, a wszystko przepijam letnią wodą - najlepszą do wymiotowania. Już czuję, że więcej nie mogę, idę w stronę toalety i słyszę, że ktoś schodzi z góry. Moja mama widząc mnie uwaloną żarciem wszelkiego rodzaju, a za mną stół zastawiony górą wszystkiego, wpada w szał. Łapie mnie za włosy i uderza moją głową w szafkę. Krzyczy przeraźliwie i karze mi powtarzać za nią: "jestem chora na bulimię, jestem chora na bulimię..." Te słowa nie przejdą mi przez gardło, ale chcę znaleźć się jak najszybciej w łazience, więc dla świętego spokoju mówię: "no jestem". Ona nie odpuszcza. Dalej ciągnie mnie za włosy i karze powtórzyć całość. W końcu przez zęby wycedzam z siebie: "jestem chora!". Powtarzam to w kółko, bo wiem, że nic więcej nie będę w stanie z siebie wydusić. W końcu puszcza mnie i prowadzi do pokoju. Zamyka mnie w nim i stoi pod drzwiami, czekając, aż zasnę. Wygrzebuję z kosza woreczek foliowy, do którego mogłabym zwymiotować, ale ona zauważa to i wyrywa mi go z rąk. Zostawia drzwi do mojego pokoju otwarte i staje w nich parząc na mnie, żebym nie wstawała z łożka. Rzucam w jej stronę kilka obelg. Czuję się taka bezsilna. Obracam się na drugi bok i wkładam palce do gardła, ale na leżąco nic z tego nie wychodzi. Uciskam brzuch, tak, jakby to miało coś dać. Płaczę z bólu brzucha i złości.



Czytam to, co napisałam i zastanawiam się, dlaczego jakaś część mnie ciągle uważa, że takie życie jest lepsze.

czwartek, 2 maja 2013

"...i cierpię na syndrom sztokholmski"


Nienawidzę, kiedy ludzie wokół mnie zaczynają temat diety, odchudzania, albo - o zgrozo - zaburzeń odżywiania. Wczoraj miałam słabszy dzień, a kiedy dziewczyny przy piwie zaczęły rozmowę na ten temat, wymiękłam już całkowicie. Może z S. i K. potrafiłabym jeszcze o tym rozmawiać ...zresztą one wiedzą. Ale M., z którą kontakt urwał mi się niemal całkowcie po zakończeniu gimnazjum, zdecydowanie nie. Opowiadały o dziewczynie, u której nasze małomiasteczkowe środowisko, przekonane o swojej nieomylności, zdiagnozowało anoreksję. Oczywiście sytuacja ta dostarcza znudzonym mieszkańcom mojego miasteczka tematów do rozmów. Nie chcę zabrzmieć zarozumiale, ale po czasie spędzonym 'za zewnątrz', podczas liceum, czy pierwszego roku studiów, odzwyczaiłam się od tego. Chociaż zawsze dostrzegałam ten problem, to teraz razi mnie on tysiąc razy bardziej. Nie mogłam spać przez natłok myśli w mojej głowie. Chciałam ją zobaczyć, dowiedzieć się, jaka jest. Facebook i po 15 minutach moja ciekawość zostaje odrobinę zaspokojona. Jest bardzo chuda, ale nie wychudzona. Pamiętam ją z gimnazjum. Zawsze była śliczna, ale teraz określenie, które przychodzi mi na myśl, to perfekcyjna. Nie mogę oderwać oczu od jej zdjęć. Na 'tablicy' thinspiracje, motywujące teksty, wpisy, których treść jest dla mnie zbyt zrozumiała ...przywołuje wspomnienia. Wiem, że fakt, iż je rozumiem świadczy głównie o moim odbiegającym od normy myśleniu, ale jednocześnie jestem z tego dumna. Odrobinę przypomina mi mnie sprzed jakiś 3 lat. Nie do końca, bo mną kierowały inne motywy. A może tylko staram się tymi słowami wytłumaczyć, że niby nigdy nie byłam taka pusta. Zazdroszczę jej. Nie wiem, czego, ale to uczucie staje się coraz silniejsze. Zapraszam ją do znajmych, chociaż tak naprawdę nigdy nie zamieniłam z nią nawet jednego zdania. Nie obchodzi mnie, że to idiotyczne. Będzie moją inspiracją. Już klikając 'dodaj do znajomych' żałuję, że to robię, ale coś nie pozwala mi anulować zaproszenia. Co takiego mi w niej imponuje? Przecież ja już mam to za sobą, jestem sto razy bardziej świadoma, to ja jestem silna, bo z tym wygrałam! Dlaczego choroba stała się dla mnie wyznacznikiem mojej wartości? Dlaczego tak przywiązałam się do mojego wroga? Syndrom sztokcholmski do niedawna wydawał mi się absurdem.


"Boże, daj mi cier­pli­wość, bym po­godził się z tym, cze­go zmienić nie jes­tem w sta­nie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jed­no od dru­giego."

Szybko ...zdecydowanie za szybko mija czas. Przecieka mi między palcami. Niby wszystko się tak wlecze, a jednak nie jestem w stanie zapamiętać minionych dni. Sen plącze się z jawą, rzeczywistość z wyobraźnią, prawda z kłamstwami. Zmowu wracam do starego nawyku kłamania (albo, jak to lubię nazywać, wygodnego naginania rzeczywistości). Kłamię tylko w sprawach dotyczących moich problemów. Ale dlaczego? Przecież już nie muszę... Wszystko zdaje się układać całkim nieźle. Dawka leków - zmniejszona, wyjazd z D. do Norwegii - udany; stosunki ze znajomymi i rodziną - jak najbardziej poprawne; życie towarzyskie - nie zaniedbane; sytuacja na uczelni - pod kontrolą. WAGA I ODŻYWIANIE - POZA KONTROLĄ!



 Zdrowieję Nie koncentruję się już na ciele Staję się silniejsza, Biorę odpowiedzialność za siebie ...Uczę się żyć    Nie potrafię użyć żadnych znaków interpunkcyjnych, nie wiem, których użyć powinnam. Nie wiem, czy mówię to z ironią, czy dumą. Bitwa głosów wewnątrz mnie znowu nabiera tempa. Znowu jesteś w mojej głwoie, B! Dlaczego zawsze wracasz w takich momentach?! Kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo cię nienawidzę, jaką kalekę emocjonalną ze mnie czynisz, jakiego słabeusza i egocentryka! Tak strasznie podziwiam tych silnych ludzi wokół mnie. Tracą swoich najbliższych, przeżywają tragedie, a jednak ciągle żyją i potrafią się z tego życia cieszyć.

sobota, 6 kwietnia 2013

"Wracam do skorupy, gdzie marzenia niemal ciągle toczą walkę z rozumem, co chce oceniać..."

Wczorajszy dzień był wyjątkowy. Chociaż ślub mojej siostry już jutro, to wbrew pozorom nie mam nic z nim wspólnego do roboty. Więc po zajęciach pojechałam na premierę nowego spektaklu teatru, którego częścią kiedyś byłam. Tak - to jedna z tych rzeczy, które odebrała mi choroba. Tego dnia niewiele brakowało, a w ogóle nie wstałabym z łóżka. Z D. zrobiliśmy sobie kilkudniową przerwę, bo już od jakiegoś czasu nie mogliśmy się  dogadać. Rano czułam się okropnie. Znowu przyszło to poczucie swojej słabości i beznadziejności ...brak jakiejkolwiek motywacji do działania. Myślę, że gdyby nie C. - moja współlokatorka, do wieczora siedziałabym w mieszkaniu myśląc i dołując się coraz bardziej. Ale wstałam, poszłam na zajęcia (przynajmniej jedne, bo na resztę się nie wyrobiłam), napisałam kolokwium z biomedyki i pojechałam. Byłam godzinę za wcześnie, ale okazało się, że akurat potrzebna była im pomoc za kulisami, więc przynajmniej się na coś przydałam. Przez chwilę poczułam się, jakbym ciągle była częścią grupy. To jedno z najlepszych uczuć, jakie w moim życiu poznałam. Spektakl był świetny chociaż jego estetyka odbiegała od tej, do której przyzwyczajona byłam. To miejsce, ci ludzie, ta scena przywołują we mnie tak dużo wspomnień, przyciągają mnie, jak magnes. Znowu rozważam możliwość powrotu do grupy. To dużo cięższa praca, niż może się wydawać. Ale skoro tak za nią tęsknię, może właśnie tego teraz potrzebuję...? Nigdy wcześniej, ani później nic tak mnie nie wciągnęło. Dla niczego nie poświęciłam tak wiele. Wiem, że powody przez które zrezygnowałam też nie były błahe, ale wbrew pozorom, jestem teraz innym człowiekiem i czego innego oczekuję od życia. I teraz wiem, że  chcę znowu stać się tego częścią.


środa, 27 marca 2013

My head says: "who cares?" But then my heart whispers: "You do, stupid..."

Dalej czuję się obco w swoim życiu, ale powoli zaczynam się w nim odnajdywać. Przestaję być bierna. Mam zamiar 'umeblować' sobie to życie tak, żeby stało się dla mnie przytulne i komfortowe, żebym nie czuła więcej potrzeby ucieczki. Zaczynam od określenia swoich celów i przewartościowania dążeń. Staram się wykorzystywać wiedzę i doświadczenie, które są jakby skutkiem ubocznym walki z ED. Co mogę zaliczyć do tych korzyści? ...nauczyłam się rozmawiać, słuchać i słyszeć. I tu przypomina mi się tekst jednej piosenki: "Don't hide your mistakes, 'cause they'll find you, burn you...". Nie zawsze byłam osobą tak bezpośrednią ...wręcz przeciwnie. Teraz uważam to za cechę bardzo ułatwiającą życie mi i innym. Tak było w przypadku rozwiązywania sytuacji z D., o której pisałam ostatnio. Rozmawialiśmy bardzo dużo, padło parę przykrych, ale szczerych słów. Wyjaśniliśmy sobie wszystko i znowu jest między nami cudownie. To, co bardzo cenię w naszej relacji, to możliwość porozmawiania o wszystkim; to, że jednocześnie jest moim chłopakiem i najlepszym przyjacielem. Więc jedna ze spraw rozwiązana. Druga - rodzina. Jest dziwnie. Zbliża się ślub mojej siostry - to akurat nie jest taka niespodzianka, bo od dawna było wiadomo, że będzie ...no ale nie, że tak szybko! I że dziecko! Chociaż staram się za bardzo tego nie okazywać, przeżywam jej ciążę bardzo. A wysłuchiwanie wykładów o zagrożeniach, chorobach i wadach genetycznych na biomedyce wcale mi w tym nie pomaga. Chcę, żeby to dziecko było szczęśliwe, chcę je ochronić przed tym wszystkim, co spotkało chociażby mnie. I przynajmniej z tego powodu wezmę się w garść. Na studiach staram się trochę bardziej zintegrować z grupą. Nie myślałam nawet, że pójdzie mi to tak sprawnie. Okazuje się że jeden z weekendów kwietnia spędzę w Norwegii z koleżanką z roku, paroma jej znajomymi i D. Słabe momenty zdarzają się ostatnio często, ale jak na razie potrafię się po nich podnieść i iść dalej. Nie wiem, czy to dobrze, ale staram się o nich nie myśleć. Stało się, to się stało, z zadręczania się tym, że raz na czas zwymiotuję, nic nie zyskam. Ważne, że daję z siebie wszystko.

wtorek, 12 marca 2013

"Czemu lubię przytknąć do skroni swoje palce imitując ich kształtem kształt broni?"

Dawno nie pisałam. Działo się dużo. Walczyłam z całych sił. Zrobiłam ogromny krok do przodu, jeśli chodzi o wychodzenie z choroby. Wszyscy oczekują ode mnie teraz jeszcze więcej. A ja czuję się jednocześnie silniejsza i osłabiona. Jest dobrze, wiem, że nie mogę się teraz poddać, ale momentami (takimi, jak ten) brakuje mi już sił i motywacji. Sytuacja z D. - pozornie dobra - w rzeczywistości gnębi mnie całymi dniami. Nie jest dobrze. Czuję nad sobą bezustanną kontrolę. Wiem, że to z miłości, wiem też, że to kwestia jego lęków, których sam nie jest świadom. Chociaż próbuję mu to uświadomić, nie chce słuchać. On nie ma problemu, tylko ja ...podobno. Zaproponował, żebyśmy zrobili sobie przerwę i naprawdę przykro mi to mówić, bo kocham go, ale ucieszyłam się na myśl o tym. Boję się, że w końcu nie wytrzymam tego, tak jak presji pod względem zmieniania relacji z moimi znajomymi, które jego zdaniem są niewłaściwe. Nie wytrzymam i ucieknę i "odbiję" sobie to wszystko, czego mi teraz brak. Potrzebuję więcej swobody, czego on nie rozumie, bo jest zaślepiony uczuciami. On jest pewien, że nigdy nie zakocha się w nikim innym (co nie jest możliwe - to nie jest sytuacja, którą człowiek może przewidzieć). Oczywiście nie doszło do żadnej przerwy, a ja nie chcę go stracić, więc wmawiam sobie, że wszystko jest dobrze. Do tej pory obwiniałam się za wszystkie problemy. I fakt jest taki, że zawaliłam i to nie raz. Ale ja za te kilka błędów ponoszę już kolejną karę! Czuję się źle, stąpam po niepewnym gruncie nie odnajduję się w tym nowym życiu pełnym nieznanych sytuacji: z jedzeniem, z wyładowywaniem stresu, ze studiami, z rodziną, w której też ostatnio wiele się dzieje i jeszcze z D! Nie czuję się na swoim miejscu. Nie mam po prostu żadnego punktu odniesienia. Nie wiem nawet, czy to moje życie, bo ja go nie poznaję. Chcę jednak wrócić do życia, które znam. Wiem jaka będzie tego cena, ale tęsknię za poczuciem, że chociaż jeden jego aspekt jest stały, niezmienny, znany mi, jak nikomu innemu, godny zaufania. Więc... wychodź B! czekam na Ciebie. Wiem, że daleko nie poszłaś, bo Ty przecież nie masz honoru i czekasz przed moimi drzwiami każdego wieczoru i co jakiś czas potykam się o Ciebie, bo plączesz się koło nóg, jak ten bezpański pies!


piątek, 8 lutego 2013

Destroy what destroys you

Siedzę w łóżku i myślę tylko o jednym. Chcę je zażyć! Chcę je zażyć! Chcę je zażyć teraz! Muszę! Serce bije mi w dziwnym rytmie. Czuję ogromną ekscytację, a z drugiej strony lęk. Patrzę na torebkę. Wszystko, czego chcę teraz, to tabletki, które są w środku. Wchodzę do internetu i czytam artykuły, które przestraszą mnie na tyle, że wybiję sobie te myśli z głowy. Dokładnie tydzień temu ponownie dałam się złamać temu świństwu. Dzień później na terapii nawet nie musiałam się przyznawać - moje źrenice mówiły same za siebie. Pytanie, które usłyszałam wywołało mój śmiech, chociaż wcale nie było mi zabawnie. "A co, jeśli za którymś razem tak sobie po nich zaśniesz i już się nie obudzisz?". Półtora roku temu dowiedziałam się o "cudownej" substancji, która nie dość, że wpływa na utratę wagi, to jeszcze daje kopa do nauki i w ogóle chęć do działania. Długa lista niebezpiecznych skutków ubocznych, nie szczególnie zwróciła moją uwagę. Znalazłam swoją tabletkę szczęścia. Chodziłam po aptekach, aż w końcu znalazłam pewien słaby punkt, w którym farmaceuta przymrużył oko na brak recepty. Właściwie, to robił to regularnie, bo paczka tabletek starczała mi na 2, góra 3 dni. Czytałam dużo, eksperymentowałam, aż udało mi się ustalić idealną dla siebie dawkę. W dwa tygodnie udało mi się nadrobić całe zawalone półrocze. Nie marnowałam czasu. Uczyłam się w ciągu dnia i w nocy, bo i tak nie mogłam spać. Zazwyczaj koło 3 nie wiedząc już, w jaki sposób pozbyć się tego nadmiaru energii, zaczynałam sprzątać łazienkę, pokój, porządkować notatki, albo po prostu wychodziłam i biegałam dookoła domu. Tak, w nocy... Wspominam ten czas z przerażeniem. Wtedy wydawało mi się to zupełnie normalne. Nawet kiedy zaczęły się różnego rodzaju omamy. Niewiele pamiętam z tamtego okresu. Mam jakby wycięte z pamięci parę miesięcy. Nawet nie wiem, czego się tak zawzięcie wtedy uczyłam. Możliwe, że te dziwne stany, które dopadają mnie czasem w nocy, to skutek dłuższego stosowania tych tabletek. Żałuję. Poza ED, to one były przyczyną mojej hospitalizacji. Po wyjściu ze szpitala zażyłam je jeszcze dwa razy i nie skończyło się to dobrze. Terapia uświadomiła mi, jakiego spustoszenia w moim organizmie to dokonało. Po prawie roku pod wpływem impulsu znowu po nie sięgnęłam. Zdziwiła mnie reakcja mojego organizmu. Byłam bardzo ospała, ale możliwe, że to efekt połączenia ich z psychotropami, które teraz zażywam. Wcale nie czułam się po nich dobrze, ale jednak tak strasznie mnie do nich ciągnie.