piątek, 28 grudnia 2012
Oswajamy swoje lęki
Jestdobrzejestdobrzejestdobrze ...i będzie jeszcze lepiej. Te słowa powtarzałam sobie dzisiaj, jak mantrę. Chyba wariuję. może od nadmiaru wolnego czasu, albo może przez ten nagły przypływ energii do walki. Domowników powoli zaczyna trafiać szlag. Chyba nie ogarniają tego stanu jeszcze bardziej, niż ja. A może myślą, że to tylko kolejna próba nabrania ich na pozory. Może kiedyś zaczną mi wierzyć...
czwartek, 27 grudnia 2012
"O wyzdrowieniu szybkim marzę... Jak wyjdę, jeszcze wam pokażę..."
Trochę tak, jakby nie było świąt. Bo bez śniegu; bo bez tej wiary, co zazwyczaj; bo bez tych przyjaciół, z którymi zawsze je spędzałam; bo przespałam praktycznie cały ten czas... A z drugiej strony z rodziną, z D., którego rok temu jeszcze nawet nie znałam; bez nieprzerwanych kłótni o jedzenie; w miarę stabilnie z objawami. W sumie jest całkiem pozytywnie. Nie przypuszczałam, że poradzę sobie aż tak dobrze ze świętami i nie ukrywam, że dało mi to sporo motywacji. Jako, że zbliża się nowy rok, pomyślałam o jakiś ambitnych postanowieniach. No i jak zwykle, kiedy nadchodzi jakiś przełomowy moment doszłam do wniosku, że może to najlepsza okazja, żeby zakończyć ten rozdział życia i z entuzjazmem wejść w nowy. Ale tak teraz myślę sobie, ile razy już się na to nabrałam: kiedy wychodziłam ze szpitala, kończyłam liceum, zdawałam maturę, wypoczywałam (przynajmniej teoretycznie) na najdłuższych wakacjach życia, zaczynałam studia, itd. To strasznie naiwne myślenie. Chociaż takie hasełko brzmi nieźle ...i jak patetycznie! Byłoby świetnie, gdyby z ED dało się wyjść od tak - z dnia na dzień. Nie da się. Przynajmniej nie słyszałam o takim przypadku. A później przychodzi rozczarowanie i jest jeszcze gorzej. Dlatego postanawiam jedynie, że będę starać się jeszcze bardziej. Skoro jestem w stanie tak stanowczo egzekwować od siebie te chore pomysły, to czemy miałabym nie poradzić sobie w drugą stroę? I jeszcze jedno: zrobię to DLA SIEBIE.
A co do tytułu: tutaj kontekst jest inny, niż w piosence ;)
A co do tytułu: tutaj kontekst jest inny, niż w piosence ;)
wtorek, 18 grudnia 2012
...umrzemy młodo
Kolejna bezsenna noc. Nie chcę już faszerować się lekami nasennymi, z resztą niewiele mi już ich zostało, a wolę mieć je w razie jakiejś kryzysowej sytuacji. Lekarz też raczej nie przepisze mi ich prędko, bo są silnie uzależniające. A więc znowu nie śpię. Jutro czeka mnie intensywny dzień, boję się, że coś zawalę. Pobudka o 6.30, zajęcia, terapia, chciałam też odwiedzić A. w szpitalu, wieczorem jeszcze jakieś wykłady, urodziny N i do tego masa rzeczy do zrobienia na studia przed świętami. Czarno to widzę... Ale z drugiej strony cieszę się - nie będzie za dużo czasu, żeby myśleć. Tak, jak teraz na przykład. Za dużo we mnie wszystkiego! Jedzenia, myśli, emocji! Chcę zapaść w sen zimowy! Całe moje ciało, to jeden wielki chaos. W tym momencie każda jego część rwie się w stronę toalety - chcę pozbyć się wszystkiego, choćbym miała zwymiotować własnymi organami! Z myślami nie lepiej. Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co mnie jeszcze tu trzyma. Jestem bezsilna, a jednak coś musi być we mnie, że jeszcze tu siedzę, piszę, pomimo rozdygotanego ciała i walącego serca. Jest mi niewygodnie. Zmieniam pozycję, zdejmuję z siebie wszystko, co mogłoby mnie uwierać, ale nie pomaga. W końcu jestem już całkiem nago, ale ciągle czuję to samo - to moje własne ciało mnie uwiera.
piątek, 14 grudnia 2012
"Nikt nie umiera bez utraty dziewictwa - życie pierdoli nas wszystkich."
Dawno mnie tu nie było, co nie znaczy, że nic się nie działo ...bo działo się naprawdę dużo. Złych rzeczy. A. znowu trafiła do szpitala, ale wierzę, że tym razem po wyjściu będzie już inaczej. Moja terapeutka planowała mnie zostawić, bo narobiłam głupot i też na chwilę byłam w szpitalu. Teraz mam skierowanie do psychiatryka, ale nie wyraziłam zgody na hospitalizację. Nie dlatego, że nie chcę się leczyć. Po prostu czuję, że dam sobie radę w domu. Dowiedziałam się też, że powinnam zerwać kontakt z M. To dziewczyna, którą tak samo, jak A. poznałam rok temu w szpitalu. Listopad był pełen złych wspomnień, przez co jeszcze bardziej nasiliły się objawy. Teraz powoli staram się pozbierać. Chociaż jest ciężko, bardzo ciężko. Tęsknię tak okropnie. Zbliżają się święta. Nie chcę już więcej mówić, że ich nienawidzę. Boję się - to prawda, ale szczerze, nie mogę już się ich doczekać. W tym roku może być naprawdę cudownie i wiem, że w dużej mierze zależy to ode mnie. Czytam właśnie moje wpisy z początków leczenia. Czerwiec 2011r. - choroba już dość rozwinięta, ale nie przyjęta przeze mnie do świadomości:
"Jest sobota. W środę byłam u psychiatry. Będąc tam nie mogłam się pozbyć wrażenia, że marnuję czyiś cenny czas i jeszcze oszukuję wszystkich dookoła. Tzn. mówiłam prawdę, ale ona brzmi tak niezdrowo, a ja mam poukładane w głowie! Żeby zdążyć na umówioną wizytę musiałam odpuścić sobie zakończenie roku szkolnego. Świadectwo odebrałam w poniedziałek (...) W środę przed 8 byliśmy na miejscu (ja i mój ówczesny chłopak, który mnie tam zaciągnął). Szpital (...) - urocze miejsce. W sumie, to miałam wrażenie, jakbym znalazła się w więzieniu, no... albo psychiatryku. Cała sieć budynków, wysokie mury, okna za kratami, krzątające się dookoła panie w białych kitlach, a do tego słońce, trawa, kwiaty, zapach lata, ale to już niedostępne dla tych ludzi zamkniętych w środku. Jestem pewna, że mnie nigdy nie będzie to dotyczyć. Dość długo czekaliśmy w korytarzu. Do gabinetu weszłam sama. Czułam się tam zupełnie nie na swoim miejscu.W sumie, to po wizycie nic się nie zmieniło."
Czuję, jakby od pisania tych słów minęło jakieś 50 lat. Tak dużo się wydarzyło, zmieniło się moje myślenie; w ogóle ja się zmieniłam, a jednak dalej w tym tkwię.
"Jest sobota. W środę byłam u psychiatry. Będąc tam nie mogłam się pozbyć wrażenia, że marnuję czyiś cenny czas i jeszcze oszukuję wszystkich dookoła. Tzn. mówiłam prawdę, ale ona brzmi tak niezdrowo, a ja mam poukładane w głowie! Żeby zdążyć na umówioną wizytę musiałam odpuścić sobie zakończenie roku szkolnego. Świadectwo odebrałam w poniedziałek (...) W środę przed 8 byliśmy na miejscu (ja i mój ówczesny chłopak, który mnie tam zaciągnął). Szpital (...) - urocze miejsce. W sumie, to miałam wrażenie, jakbym znalazła się w więzieniu, no... albo psychiatryku. Cała sieć budynków, wysokie mury, okna za kratami, krzątające się dookoła panie w białych kitlach, a do tego słońce, trawa, kwiaty, zapach lata, ale to już niedostępne dla tych ludzi zamkniętych w środku. Jestem pewna, że mnie nigdy nie będzie to dotyczyć. Dość długo czekaliśmy w korytarzu. Do gabinetu weszłam sama. Czułam się tam zupełnie nie na swoim miejscu.W sumie, to po wizycie nic się nie zmieniło."
Czuję, jakby od pisania tych słów minęło jakieś 50 lat. Tak dużo się wydarzyło, zmieniło się moje myślenie; w ogóle ja się zmieniłam, a jednak dalej w tym tkwię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
