piątek, 27 września 2013

Two can keep a secret if one of them is dead.

Niedawno miał urodziny mój były chłopak. Ten, który jako pierwszy dowiedział się o moim problemie i (siłą) zaprowadził na wizytę do psychiatry, a dwa miesiące później rzucił, bo jak sam twierdził, brakło mu siły do mnie i moich problemów. Albo może po prostu nie mógł znieść faktu, że nie byłam zakochana w nim nawet w połowie tak, jak on sam w sobie. Denerwowała mnie jego zarozumiałość i samouwielbienie, w które często zdarzało mu się popadać. Ale mimo wszystko jestem mu wdzięczna za to, że pomógł mi wtedy ...wbrew mojej woli. Po wypisie ze szpitala mój ówczesny lekarz stwierdził, że gdyby nie on, najprawdopodobniej bym już nie żyła. No więc napisałam do niego z życzeniami i wywiązała się całkiem ciekawa i długa rozmowa. Może za ciekawa ...i za długa. Naopowiadał mi dużo dziwnych rzeczy o tej grupie teatralnej, w której kiedyś byłam (tam się poznaliśmy). Naopowiadał i zabronił mówić o tym komukolwiek. Ma rację w sumie, bo gdyby to wszystko wyszło na jaw wielu ludzi miałoby poważne problemy. Ale może ludzie powinni się o tym dowiedzieć... O ile w ogóle to jest prawda. Wiem, że w tej grupie działo się wiele złych rzeczy, o których pojęcie miała garstka osób, ale czy to wszystko było aż takiej rangi? A może on to wszystko sobie ubzdurał? Nie zdziwiło by mnie to, biorąc pod uwagę jego styl życia i zamiłowanie do używek. Może od tego wszystkiego poprzestawiało mu się w głowie. Nie jest dla mnie do końca wiarygodnym źródłem informacji. Co nie zmienia faktu, że dużo o tym wszystkim myślę i chciałabym się dowiedzieć, jaka jest prawda. A nie dowiem się, bo nie mogę o tym mówić. Mój tata przesiaduje teraz w pracy jeszcze dłużej i nawet w domu atmosfera jest z tego powodu delikatnie mówiąc - gęsta. Zabrałam więc swojego kota i wróciłam do Krakowa. Nie chodzi o to, że jestem zła na tatę, że przenosi pracę do domu. Chciałabym pomóc, ale to oczywiste, że nie mam jak, bo zapewne, to, co wiem i tak jest tylko wycinkiem całej sprawy. Z resztą ja nie mam z nią nic wspólnego. Teraz jest mi naprawdę głupio, że oskarżałam ich o szpiegowanie mnie, kiedy oni na prawdę mają swoje większe problemy. Wolałam więc wyjechać, bo chociaż sprawa bezpośrednio mnie nie dotyczy, to bardzo mnie męczy.
Ludzie... nie powierzajcie mi więcej sekretów. Już wolę o nic nie pytać.

Korzystając z ostatnich dni wakacji postanowiłam nadrobić zaległości w filmach, których wstyd przyznać, że jeszcze nie widziałam. Sięgnęłam więc do twórczości Almodovara. "Skóra, w której żyję", "Przerwane objęcia", a poźniej jeszcze Kubrick i jego "Mechaniczna pomarańcza". W każdym z nich wspólny pierwiastek - przemoc. Nie mówię, że propagowanie jej, ale jednak... Momentami musiałam robić sobie przerwy w oglądaniu ich, bo czułam, że zwyczajnie nie dam rady. A nie potrafię zostawić filmu niedokończonego. Chociaż wszystkie pod względem technicznym były świetne, to jednak oglądanie ich strasznie mnie zmęczyło. Dzisiaj przypadkiem trafiłam na coś, czego teraz potrzebowałam.


"Ave" - film, o którym nie było słychać, a przynajmniej ja dowiedziałam się o nim dopiero dzisiaj i obejrzałam od razu, tak bardzo nie mogłam się go doczekać. I nie zawiodłam się. Lubię opowieści, które chociaż momentami są oderwane od rzeczywistości, to jednak mają w sobie tą prawdziwość ...bez zbędnego upiększania.

czwartek, 26 września 2013

We are your friend. You’ll never be alone again

Do czego to doszło, że ja doradzam innym, jak ogarnąć swoje życie jeśli chodzi o jedzenie. Napisała do mnie dzisiaj znajoma z pytaniem gdzie można kupić ocet jabłkowy. No i z tego zaczęła się dłuższa rozmowa. Okazało się, że ona ostatnio znowu przestaje sobie radzić. Wiem, że nie ma psychologa, ani lekarza, więc starałam się zmienić jej zdanie na ich temat. A później mówiłam, co z mojego doświadczenia może pomóc. Mam tylko nadzieję, że nie pogorszyłam sytuacji. Kiedy tak rozmawiałyśmy poczułam się, jakby ten problem był już tak daleko za mną, a przecież jeszcze dzień wcześniej rozbeczałam się przy posiłku. To też było dziwne. Jadłam sama. Nikt nie zmuszał mnie do jedzenia. Nie mogłam po prostu ocenić, czy jestem głodna. To jest jedna z tych gorszych rzeczy, które zostały mi do tej pory. Mam już dość tego, że mój żołądek nie wysyła żadnych sygnałów do ośrodka sytości. A może wysyła, tylko nie są one odbierane? W każdym razie mam ogromny apetyt i praktycznie nigdy nie przestaję być głodna, nie mówiąc tu już o sytości. Każdy posiłek muszę kontrolować. Bo skoro zjadłam koło 5 kanapek, dwie spore porcje płatków z mlekiem i zapiłam jeszcze koktajlem, to chyba niemożliwe, że dalej jestem głodna? Moja waga na szczęście nie wzrasta (staram się utrzymywać aktywność fizyczną), ale też nie spada. Powtarzam sobie, że przecież jest w porządku, ale nie jest do cholery! "Mam rubensowskie kształty!?"
Teraz to tylko moment słabości, bo generalnie jestem pewna czego chcę - być zdrowa i uszczęśliwiać moich bliskich, a nie ściągać ich na dno. Rozmawiałam dzisiaj z moją mamą. Mówiła mi, że rozmawiała ze swoją siostrą - mamą F. U niej znowu jest tragicznie. Lekarze załamują ręce i plują sobie w brodę, że za szybko odstawili jej leki. Teraz tylko czekać, aż znowu trafi do szpitala. A ja znowu przestaję wierzyć, że ona z tego wyjdzie. Niby dużo o tym rozmawiałyśmy, ale ja tak na prawdę nie wiem, czy ona nie widzi tego, jak wykańcza swoich bliskich, czy nie chce  tego widzieć ...a może to objaw choroby. Ja nie byłam lepsza, ale cierpiałam przez to strasznie. Właściwie tylko dlatego zgodziłam się na hospitalizację. No, może też przez to, że wiedziałam, że grozi mi ubezwłasnowolnienie, a tata powiedział, że nie może już patrzeć, jak wykańczam mamę i jeśli ma wybierać, to wybiera ją. I chociaż wtedy sprawił mi tym ogromną przykrość, to teraz widzę, jak bardzo mi tym pomógł. W ogóle w tej swojej bezwzględności moi rodzice wykazali się dużą roztropnością. Chociaż był i kryzys, kiedy moja mama mówiła, że albo ona, albo ja wyląduję w psychiatryku i kłócili się z tatą, i oboje nie wyrabiali, to jednak podczas mojego pobytu w szpitalu uporządkowali swoje życie na nowo i całkowicie zmienili podejście. Mama bardzo długo mnie tam nie chciała odwiedzać ...w zasadzie to była tam tylko raz. Ale widocznie tak było dla niej lepiej. Myślę, że ich sposób jest dobry. Zostawili mnie w spokoju. Zapewnili warunki do leczenia i opłacają moją terapię, ale nie nie mówią mi, co mam robić. Oni mają swoje życie, a ja swoje. Nie kontrolują mnie, chociaż mi czasem zdarza się ich o to podejrzewać (sprawa z czytaniem mojego bloga okazała się pomyłką). Moja mama znalazła swoją odskocznię. Od prawie dwóch lat kilka razy w tygodniu chodzi na fitness. Może brzmi to śmiesznie, ale jednak widać, że i dla niej wysiłek fizyczny ma zbawienny wpływ. Mama mówi cioci, że i ona powinna zostawić F, ale ona nawet nie chce tego słuchać. A moim zdaniem to by pomogło. Co z tego, że wszyscy ją kontrolują, skoro już piąty raz doprowadziła się na skraj wyczerpania? Nie zauważyli jeszcze że to nie działa? Ona i tak robi, co chce. Może trochę wcześniej trafiłaby do szpitala, ale i to pewnie wyszłoby jej na dobre.

piątek, 20 września 2013

Come fly with me, let's fly away

Sporą część mojej ostatniej terapii poświęciłam na szukanie przyczyny tych wszystkich złych rzeczy, które miały miejsce zeszłej jesieni. Niewiele mam konkretnych wspomnień z tego czasu, jak z resztą z każdego okresu nawrotu choroby. Jedno wiem na pewno - byłam wtedy dziwna; robiłam nienormalne rzeczy, które wtedy wydawały mi się jak najbardziej właściwe. Ale co tak naprawdę było tego przyczyną? Bezsenność, czy jak twierdzi moja psycholożka (nazwijmy ją pani D.) - przesadzanie z używkami? A może jeszcze coś innego? W każdym razie nie dziwię się, że osoby, które wtedy poznałam nie chcą mieć ze mną teraz nic wspólnego. Opowiadanie im idiotycznych historii z mojego życia, recytowanie wierszyków, czy śpiewanie rymowanych piosenek zdecydowanie nie przyciągnęło do mnie tłumów. Wspólne obżarstwo i wymiotowanie z Anastazją teraz wydaje mi się czymś równie absurdalnym, jak gdybyśmy wbijały sobie noże w brzuchy. I ja i ona jesteśmy już spory kawałek drogi za tym wszystkim. Dlatego właśnie Anastazja nie czuła się komfortowo w towarzystwie Cassie, która przez prawie rok od naszego ostatniego spotkania nie ruszyła praktycznie z miejsca. Ja jakoś pomimo wszystko chciałam się z nią znowu spotkać. Naprawdę nie widzę nic złego w tych znajomościach. Pani D. nie popiera ich oczywiście; tak samo, jak moja rodzina, czy chłopak. Ale równie trafnie zauważyli oni, że niewiele mają w tej kwestii do powiedzenia, bo ja i tak zrobię to, co będę chciała. A z mojej strony nie jest to bezsensowny bunt dla samego buntu. Zależy mi na tych relacjach, bo pomimo wszystko te dziewczyny pomogły mi bardzo i  czasami były jedynymi, z którymi mogłam na pewne tematy porozmawiać.
Wizyta w poradni uzależnień już za mną. Nie było tak strasznie. Mam papierek z pieczątką i podpisem, a lekarz nie będzie się mnie już czepiał. Ceną za święty spokój, było pół godziny spędzone w towarzystwie bardzo nieprzyjemnej i brzydkiej pani mówiącej coś o zaburzeniach osobowości. Wyszłam stamtąd najszybciej jak się dało i zatrzasnęłam za sobą drzwi raz na zawsze. Boże, dziękuję Ci, że mam takiego świetnego psychologa, jakim jest pani D! Będę doceniać jeszcze bardziej.


czwartek, 19 września 2013

In a world of magnets and miracles

I jest na świecie nowy człowiek. Moja siostra urodziła w poniedziałek. Jej córka - Mania, tak ją nazwijmy urodziła się zdrowa i piękna. Nie przypuszczałam, że aż tak się tym wszystkim przejmę. Do końca martwiłam się, że lekarze jednak coś przeoczyli i urodzi się chora, albo nawet martwa. Czułam się za to odpowiedzialna. Bo kiedy w mojej głowie pojawiała się myśl "jeśli to zrobisz, zaszkodzisz jej", starałam się ją zagłuszyć. Niby robiłam to, bo wiedziałam, że moje myślenie pod tym względem nie jest do końca normalne, ale jednak cały czas obawiałam się, że to jednak faktycznie może tak działać.  Bo o tym chyba jeszcze nie wspominałam. Jest coś takiego, jak myślenie magiczne i w moim przypadku polegało ono na wmawianiu sobie, że z mojego zachowania wynikają rzeczy, które tak na prawdę nie mają z nim nic wspólnego. Np.: jeśli zdam ten egzamin, Mania urodzi się chora; jeśli dzisiaj napiję się alkoholu, bliska mi osoba będzie miała jutro wypadek samochodowy; albo takie, jak w dzieciństwie - jeśli idąc chodnikiem nadepnę na łączenie płytek, dostanę w szkole złą ocenę. I najgorsze jest to, że jeszcze do paru miesięcy wstecz działało to na poziome mojej podświadomości i chyba się sprawdzało. Ale wracając do tematu - pomimo, że zwalczałam to dziwne rozumowanie, cały czas obawiałam się, że z mojej winy coś pójdzie nie tak. Jakże bardzo odetchnęłam z ulgą, kiedy po przebudzeniu odczytałam smsa od mamy z cudowną nowiną. Wczoraj byłam w szpitalu i poznałam Manię. Jest taka delikatna i bezbronna ...i niewinna. Dalej na myśl o niej chce mi się ryczeć. Wczoraj oczywiście nie dałam po sobie poznać, jak bardzo poruszyło mnie to spotkanie. Zaczynam rozumieć moją ciocię, która tak chorobliwie chroni swoją córkę. To mama F. Chociaż ona jest już dorosła, dalej traktowana jest przez mamę jak dziesięciolatka. I nie chodzi o to, że ja to popieram. Nie popieram, broń Boże! Ale na samą myśl o tym, że Mani mogłaby stać się krzywda chce mi się rwać włosy z głowy, a to nawet nie jest moje dziecko. Chcę ją uchronić przed całym złem, a jak inaczej to zrobić, jeśli nie przez kontrolę? Zaczęłam się zastanawiać też nad okolicznościami, w jakich dowiedziałam się o ciąży mojej siostry. Parę dni wcześniej zmarła mama P. Radość z nowego życia kontrastowała tak strasznie z rozpaczą po utracie najbliższej osoby. Jakby się zamieniły...


piątek, 6 września 2013

"I walked into love. I walked into a minefield I never heard of"

I z D.znowu jest dobrze ...bardzo dobrze. Pomimo wszystko jestem z nim szczęśliwa. Jedna sprawa wyjaśniona. Pierwszy egzamin za mną. Wczoraj pisałam psychologię. Dzisiaj mają być wyniki. Czarno to widzę. Mam nowe współlokatorki. Dziwnie... Ogromny napad głodu za mną. Mogło być gorzej. Nie wymiotowałam. Jestem ogromna.  Jakby spuchnięta. Ale to nie opuchlizna, tylko tłuszcz. Tęsknię za X. Nie wiem, co się z nim dzieje, ale wiem, że nie jest dobrze. I tęsknię, a przecież minął już rok. Pamiętasz o mnie w ogóle?


Dzisiaj było tragicznie. Na szczęście miałam terapię i pomogło. Śmiałam się dużo. A może to był ten śmiech maskujący płacz? Nieważne; wyszłam zadowolona. Spotkałam się z Anastazją.


Pozdrawiamy.

środa, 4 września 2013

"Our girl is gone. God bless her little soul"

Powoli zaczyna docierać do mnie, że na niektóre rzeczy w moim życiu jest już za późno; że świat, w którym żyją moje myśli jest iluzją, że inni nie mogą zrozumieć mojego zachowania, bo widzą rzeczywistość taką, jaką jest ...w przeciwieństwie do mnie. Patrzę na moich rówieśników i dopiero teraz zauważam, że oni już się usamodzielnili, albo co najmniej są na dobrej drodze ku temu. Poszli na studia, które przygotują ich do konkretnych zawodów i dokładają wszelkich starań, aby wyciągnąć z nich jak najwięcej. Traktują życie poważnie. Pracują, planują przyszłość, szukają osób z którymi mogliby żyć, a nie tylko spędzić miło czas. Dbają o swoje zdrowie, bo i jego wartość dostrzegają. A ja? Studiuję, żeby studiować, chociaż wiem, że na pracę w przyszłości mam marne szanse. Pracuję dorywczo, a żadna wypłata nie wytrzymała w moim portfelu dłużej, niż 24 godziny. Żyję tylko trochę. Niby ciągle coś robię. Dużo podróżuję, czytam, oglądam, zwiedzam, mam chłopaka, ale cały czas nie daję z siebie wszystkiego, bo wiem, że w razie czego mam gdzie uciec. Wystarczy, że przestanę jeść, albo zacznę się obżerać i wymiotować. I jeśli tylko coś się nie uda, będę mogła uciec do świata, który do tej pory wydawał mi się bezpieczny i taki tylko mój. Bo jeśli nie sprostam jakiemuś zadaniu, nie spełnię czyiś oczekiwań, albo coś mi nie wyjdzie, będę mogła wrócić do tego, w czym jestem całkiem niezła, a w moim najbliższym otoczeniu - najlepsza. Ludzie będą kręcić głowami i mówić różne rzeczy, ale gdzieś tam, podświadomie przyznają, że jednak muszę być silna, skoro zrobiłam coś, na co ich samych nie byłoby stać. Trochę smutno, że pisząc to dalej dostrzegam w tym sens, ale chyba dobrze, że przynajmniej zaczynam rozumieć, że to złe i że jeśli nie chcę zmarnować życia sobie i najbliższym, to teraz jest właśnie ostatnia szansa na zmiany. Więc teraz pomimo, że do pierwszego egzaminu poprawkowego został jeden dzień, a ja nie ruszyłam jeszcze praktycznie materiału, wyśpię się, a rano przysiądę konkretnie do pracy. I to chyba spory krok do przodu, że chociaż trzymałam już w dłoni garść leków, schowałam je z powrotem do pudełka. Teraz pewnie byłabym w mojej krainie czarów i leżałabym beztrosko słuchając tylko dźwięków wydawanych przez mój organizm i przyglądając się grze światła w pokoju, taka spokojna, albo wręcz bezwładna; chociaż przez ten jeden wieczór zapominając o tym darciu w mojej głowie. Tęsknię za tym stanem; tęsknię za beztroską i za przeświadczeniem, że mogę wszystko, na wszystko mam czas.