niedziela, 3 lutego 2013

Śniłeś mi się wczoraj - obudziłam się z premedytacją.

Chciałabym napisać do Ciebie kolejny list. Napiszę go tutaj. Tak, czy siak, nigdy bym go nie wysłała. Z resztą bardziej, niż pewne jest, że nigdy tego nie przeczytasz, ale jeśli już tak się zdarzy, będziesz wiedział, że to do Ciebie. Wiem, że nie mam prawa za nic Cię obwiniać, ani niczego od Ciebie oczekiwać. Ale niestety nie jestem w stanie zapanować nad tym, co czuję. A czuję się w tym momencie, jak małe porzucone dziecko, które naprawdę uwierzyło, że będziesz na zawsze. Jak w jednej z książek - dziewczyna opisuje swoje dzieciństwo, kiedy ojca traktowała, jak (w dobrym tych słów znaczeniu) psa przewodnika. Później rozwód rodziców i "radź sobie sama". Może faktycznie oczekiwałam od Ciebie zbyt wiele, ale przecież chyba nie bezpodstawnie... W każdym razie to pewnego rodzaju list pożegnalny, żebym mogła zacząć żyć bez Ciebie. Nie zmienię tego, że tęsknię za Tobą, ale może z czasem jakoś będzie mi z tym łatwiej. Dziękuje Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś.
Tyle. Chyba wreszcie to do mnie dotarło.
Uświadomienie sobie tego nie jest jedyną rzeczą, która dobrze wpłynęła na moje dzisiejsze samopoczucie. Spotkałam się dzisiaj z moją kuzynką ...nazwijmy ją F. Ona też walczy z zaburzeniami odżywiania. Już czwarty rok. Były momenty, kiedy nawet ja przestawałam wierzyć, że jeszcze będzie z nią dobrze widziałam jak dosłownie wykańcza się na naszych oczach. Jedynym zakończeniem jej historii wydawała mi się śmierć z wycieńczenia. Czasami dawałam się nabrać na gadki o tym, jak to już jest dobrze, że już jest właściwie zdrowa; przez co teraz ciężko jest mi uwierzyć, że tym razem jest inaczej. Ale wydaje mi się, że dzisiaj po raz pierwszy, odkąd zachorowała widziałam ją szczęśliwą. Może to kolejny przejaw mojej naiwności, ale wierzę, że ona z tego wyjdzie. Zaraziła mnie swoim entuzjazmem, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Nawet mama prawie nie kontrolowała jej podczas jedzenia. To duuuuży krok do przodu.
Co prawda zaliczyłam dopiero jeden egzamin, ale to trochę pomogło mi uwierzyć w siebie. Pozwoliłam sobie na wieczorny chillout ze znajomymi i przypomniały mi się wakacje. Pomimo wszystko dobrze je wspominam. Jedne z najlepszych w moim życiu. Z rodzicami dogaduję się coraz lepiej, nabierają do mnie od nowa zaufania.
Oczywiście, żeby nie było zbyt idealnie musiałam narobić parę głupot w tym tygodniu, ale myślę, że i tak wybrnęłam z tego nieźle, jak na tak stresujący czas. Zaprzepaściłam jakiś miesiąc mojej pracy, trochę rozkręciłam się z objawami, ale chyba najważniejsze, że jestem tego świadoma i że pracuję nad tym.
Nie wiem, czy to normalne, ale czuję się teraz, jakbym mogła góry przenosić.

2 komentarze:

  1. To dobrze, że tak się czujesz. Wykorzystaj to.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Ci za komentarz pod moim postem, powstrzymał mnie od popełnienia kolejnego błędu. Ja też borykam się z ED i to właśnie zaburzenia odżywiania są moim Dementorem. Sama rozumiesz, jak trudno jest podejmować się walki każdego dnia, gdy tak często odnosimy porażki.. Przypomniałaś mi jednak, że to wymaga czasu, a chęć walki to już jakiś sukces.
    Dziękuję! Trzymam mocno kciuki za Ciebie.

    OdpowiedzUsuń