"Moi bliscy wiele razy prosili, żebym nie mówiła o
chorobie, żebym starała się zapomnieć o szpitalu. Bo po co mi taki stygmat? Ale
ja nie potrafię nie mówić, nie potrafię zapomnieć. Ja bym chciała wyjść na
ulicę i krzyczeć. Bo w tym szpitalu i podobnych szpitalach nadal są ludzie, bo
nadal wielu ludzi choruje i nie mogę przestać o nich myśleć. Spotykam kilka
osób, które tam poznałam i wiem, jak trudno im się leczyć, jak trudno znaleźć
pracę. Dla wielu ludzi szpital jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie.
Choć jest taki brzydki, czują się tam lepiej niż wśród nas. Zepchnięci na
margines, postanowili na nim zostać. Ci, którzy wyszli ze szpitala, przychodzą
tam, żeby chwile posiedzieć na korytarzu, wypić kawę z automatu przy szatni,
coś narysować w sali terapii oddziału, w którym byli leczeni. Bo w tym szpitalu
czują się bezpieczni, bo mogą tam popatrzeć na lekarzy i pielęgniarzy, którzy
byli przy nich w najczarniejszej godzinie. Uważam, że trzeba w jakiś sposób
pokazać osobom chorującym, że są dla nas cenne, jakoś lepiej o nich zadbać,
pomagać wracać do nas."
Całość artykułu, który niestety ukazuje prawdę o polskich
oddziałach psychiatrycznych:
http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,16797378,Spalam_w_palarni__O_warunkach_w_szpitalu_psychiatrycznym.html?as=1
...oczywiście nie wszystkich i niektórych też nie aż w takim
stopniu. Ta reczywistość jest smutna.