poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Moi bliscy wiele razy prosili, żebym nie mówiła o chorobie, żebym starała się zapomnieć o szpitalu. Bo po co mi taki stygmat? Ale ja nie potrafię nie mówić, nie potrafię zapomnieć. Ja bym chciała wyjść na ulicę i krzyczeć. Bo w tym szpitalu i podobnych szpitalach nadal są ludzie, bo nadal wielu ludzi choruje i nie mogę przestać o nich myśleć. Spotykam kilka osób, które tam poznałam i wiem, jak trudno im się leczyć, jak trudno znaleźć pracę. Dla wielu ludzi szpital jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Choć jest taki brzydki, czują się tam lepiej niż wśród nas. Zepchnięci na margines, postanowili na nim zostać. Ci, którzy wyszli ze szpitala, przychodzą tam, żeby chwile posiedzieć na korytarzu, wypić kawę z automatu przy szatni, coś narysować w sali terapii oddziału, w którym byli leczeni. Bo w tym szpitalu czują się bezpieczni, bo mogą tam popatrzeć na lekarzy i pielęgniarzy, którzy byli przy nich w najczarniejszej godzinie. Uważam, że trzeba w jakiś sposób pokazać osobom chorującym, że są dla nas cenne, jakoś lepiej o nich zadbać, pomagać wracać do nas."

Całość artykułu, który niestety ukazuje prawdę o polskich oddziałach psychiatrycznych:

http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,16797378,Spalam_w_palarni__O_warunkach_w_szpitalu_psychiatrycznym.html?as=1


...oczywiście nie wszystkich i niektórych też nie aż w takim stopniu. Ta reczywistość jest smutna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz