sobota, 6 kwietnia 2013
"Wracam do skorupy, gdzie marzenia niemal ciągle toczą walkę z rozumem, co chce oceniać..."
Wczorajszy dzień był wyjątkowy. Chociaż ślub mojej siostry już jutro, to wbrew pozorom nie mam nic z nim wspólnego do roboty. Więc po zajęciach pojechałam na premierę nowego spektaklu teatru, którego częścią kiedyś byłam. Tak - to jedna z tych rzeczy, które odebrała mi choroba. Tego dnia niewiele brakowało, a w ogóle nie wstałabym z łóżka. Z D. zrobiliśmy sobie kilkudniową przerwę, bo już od jakiegoś czasu nie mogliśmy się dogadać. Rano czułam się okropnie. Znowu przyszło to poczucie swojej słabości i beznadziejności ...brak jakiejkolwiek motywacji do działania. Myślę, że gdyby nie C. - moja współlokatorka, do wieczora siedziałabym w mieszkaniu myśląc i dołując się coraz bardziej. Ale wstałam, poszłam na zajęcia (przynajmniej jedne, bo na resztę się nie wyrobiłam), napisałam kolokwium z biomedyki i pojechałam. Byłam godzinę za wcześnie, ale okazało się, że akurat potrzebna była im pomoc za kulisami, więc przynajmniej się na coś przydałam. Przez chwilę poczułam się, jakbym ciągle była częścią grupy. To jedno z najlepszych uczuć, jakie w moim życiu poznałam. Spektakl był świetny chociaż jego estetyka odbiegała od tej, do której przyzwyczajona byłam. To miejsce, ci ludzie, ta scena przywołują we mnie tak dużo wspomnień, przyciągają mnie, jak magnes. Znowu rozważam możliwość powrotu do grupy. To dużo cięższa praca, niż może się wydawać. Ale skoro tak za nią tęsknię, może właśnie tego teraz potrzebuję...? Nigdy wcześniej, ani później nic tak mnie nie wciągnęło. Dla niczego nie poświęciłam tak wiele. Wiem, że powody przez które zrezygnowałam też nie były błahe, ale wbrew pozorom, jestem teraz innym człowiekiem i czego innego oczekuję od życia. I teraz wiem, że chcę znowu stać się tego częścią.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz