poniedziałek, 13 maja 2013

Food won't take this emptiness away

Coś siedzi we mnie i tak strasznie chce mojej śmierci. Coś, co krzyczy najgłośniej, kiedy jestem sama, a kiedy rozmawiam z lekarzem, czy psychologiem, nie pozwala powiedzieć, co tak naprawdę mnie boli, zmniejsza zasób słownictwa, żebym nie umiała tego wyrazić. Zastanawiam się, czy choroba nie stała się już po prostu częścią mnie. Co jakiś czas wydaje mi się, że już z nią wygrałam, ale kiedy zaczyna być naprawdę dobrze, wraca ze zdwojoną siłą. Mąci mi w głowie, pochłania wszystkie moje myśli, nie pozwala skoncentrować się na niczym innym. Jakby była demonem, który nie może znieść ignorancji. Tłucze się we mnie, przejmuje kontrolę nad moim ciałem, a potem ucicha, ale tylko na chwilę - po to, żeby nabrać sił i uderzyć z zaskoczenia. Nie potrafię skupić się na studiach, cała moja energia zużywa się w walce moich myśli, która nie ustaje nawet we śnie. Im bardziej zaczynam w siebie wierzyć, tym gorsze myśli mi podsuwa. Od trzech lat nie opuszcza mnie nawet na jeden dzień. Wczoraj zasnęłam pełna motywacji, przekonana o szansie na wygraną. We śnie tracę kontrolę nad swoimi myślami. Tak byo i tym razem, a to co przejęło kontrolę, trzyma się teraz kurczowo. Odtwarza w mojej głowie film z przebiegu choroby i próbuje wmówić, że tak było najlepiej ...że walka z lekarzami, rodziną i własnym ciałem czyniła mnie silniejszą, bardziej wartościową osobą. Przypomina mi się jedna sytuacja: jakieś półtora roku temu; jest około 3 w nocy. Leżę w łózku i czuję zapach jedzenia schowanego w lodówce, w kuchni, która znajduje się piętro niżej. Nie dociera do mnie nawet, że to niemożliwe. W tym momencie jedzenie jest wszystkim, czego pragnę. Upewniam się, ze rodzice śpią i bezdźwięcznie schodzę na dół. Wyciągam z lodówki wszystko, co zamierzam zjeść, ale zamin jeszcze zdążę połżyć to na stole, wpycham sobie do ust. Wyjątkowa wyżerka - lodówka pełna wszystkiego (chyba akurat kończyły się jakieś święta). Mieszam smaki. Jem ciasta, sery, dżemy, jakieś mięso, czekoladę, a wszystko przepijam letnią wodą - najlepszą do wymiotowania. Już czuję, że więcej nie mogę, idę w stronę toalety i słyszę, że ktoś schodzi z góry. Moja mama widząc mnie uwaloną żarciem wszelkiego rodzaju, a za mną stół zastawiony górą wszystkiego, wpada w szał. Łapie mnie za włosy i uderza moją głową w szafkę. Krzyczy przeraźliwie i karze mi powtarzać za nią: "jestem chora na bulimię, jestem chora na bulimię..." Te słowa nie przejdą mi przez gardło, ale chcę znaleźć się jak najszybciej w łazience, więc dla świętego spokoju mówię: "no jestem". Ona nie odpuszcza. Dalej ciągnie mnie za włosy i karze powtórzyć całość. W końcu przez zęby wycedzam z siebie: "jestem chora!". Powtarzam to w kółko, bo wiem, że nic więcej nie będę w stanie z siebie wydusić. W końcu puszcza mnie i prowadzi do pokoju. Zamyka mnie w nim i stoi pod drzwiami, czekając, aż zasnę. Wygrzebuję z kosza woreczek foliowy, do którego mogłabym zwymiotować, ale ona zauważa to i wyrywa mi go z rąk. Zostawia drzwi do mojego pokoju otwarte i staje w nich parząc na mnie, żebym nie wstawała z łożka. Rzucam w jej stronę kilka obelg. Czuję się taka bezsilna. Obracam się na drugi bok i wkładam palce do gardła, ale na leżąco nic z tego nie wychodzi. Uciskam brzuch, tak, jakby to miało coś dać. Płaczę z bólu brzucha i złości.



Czytam to, co napisałam i zastanawiam się, dlaczego jakaś część mnie ciągle uważa, że takie życie jest lepsze.

1 komentarz:

  1. Nie wyobrażam sobie tego upokorzenia i wstydu, które musiałaś poczuć, gdy twoja mama wszystko zobaczyła. Ale jeszcze bardziej nie wyobrażam sobie, jak ona mogła się tak zachować. To okropne.
    Tamtej nocy na twoim miejscu uciekłabym z domu, nie zastanawiając się nawet czy zamarznę na śmierć. Właściwie to nawet by mi to nie przeszkadzało...

    OdpowiedzUsuń