Nienawidzę, kiedy ludzie wokół mnie zaczynają temat diety, odchudzania, albo - o zgrozo - zaburzeń odżywiania. Wczoraj miałam słabszy dzień, a kiedy dziewczyny przy piwie zaczęły rozmowę na ten temat, wymiękłam już całkowicie. Może z S. i K. potrafiłabym jeszcze o tym rozmawiać ...zresztą one wiedzą. Ale M., z którą kontakt urwał mi się niemal całkowcie po zakończeniu gimnazjum, zdecydowanie nie. Opowiadały o dziewczynie, u której nasze małomiasteczkowe środowisko, przekonane o swojej nieomylności, zdiagnozowało anoreksję. Oczywiście sytuacja ta dostarcza znudzonym mieszkańcom mojego miasteczka tematów do rozmów. Nie chcę zabrzmieć zarozumiale, ale po czasie spędzonym 'za zewnątrz', podczas liceum, czy pierwszego roku studiów, odzwyczaiłam się od tego. Chociaż zawsze dostrzegałam ten problem, to teraz razi mnie on tysiąc razy bardziej. Nie mogłam spać przez natłok myśli w mojej głowie. Chciałam ją zobaczyć, dowiedzieć się, jaka jest. Facebook i po 15 minutach moja ciekawość zostaje odrobinę zaspokojona. Jest bardzo chuda, ale nie wychudzona. Pamiętam ją z gimnazjum. Zawsze była śliczna, ale teraz określenie, które przychodzi mi na myśl, to perfekcyjna. Nie mogę oderwać oczu od jej zdjęć. Na 'tablicy' thinspiracje, motywujące teksty, wpisy, których treść jest dla mnie zbyt zrozumiała ...przywołuje wspomnienia. Wiem, że fakt, iż je rozumiem świadczy głównie o moim odbiegającym od normy myśleniu, ale jednocześnie jestem z tego dumna. Odrobinę przypomina mi mnie sprzed jakiś 3 lat. Nie do końca, bo mną kierowały inne motywy. A może tylko staram się tymi słowami wytłumaczyć, że niby nigdy nie byłam taka pusta. Zazdroszczę jej. Nie wiem, czego, ale to uczucie staje się coraz silniejsze. Zapraszam ją do znajmych, chociaż tak naprawdę nigdy nie zamieniłam z nią nawet jednego zdania. Nie obchodzi mnie, że to idiotyczne. Będzie moją inspiracją. Już klikając 'dodaj do znajomych' żałuję, że to robię, ale coś nie pozwala mi anulować zaproszenia. Co takiego mi w niej imponuje? Przecież ja już mam to za sobą, jestem sto razy bardziej świadoma, to ja jestem silna, bo z tym wygrałam! Dlaczego choroba stała się dla mnie wyznacznikiem mojej wartości? Dlaczego tak przywiązałam się do mojego wroga? Syndrom sztokcholmski do niedawna wydawał mi się absurdem.
czwartek, 2 maja 2013
"...i cierpię na syndrom sztokholmski"
Nienawidzę, kiedy ludzie wokół mnie zaczynają temat diety, odchudzania, albo - o zgrozo - zaburzeń odżywiania. Wczoraj miałam słabszy dzień, a kiedy dziewczyny przy piwie zaczęły rozmowę na ten temat, wymiękłam już całkowicie. Może z S. i K. potrafiłabym jeszcze o tym rozmawiać ...zresztą one wiedzą. Ale M., z którą kontakt urwał mi się niemal całkowcie po zakończeniu gimnazjum, zdecydowanie nie. Opowiadały o dziewczynie, u której nasze małomiasteczkowe środowisko, przekonane o swojej nieomylności, zdiagnozowało anoreksję. Oczywiście sytuacja ta dostarcza znudzonym mieszkańcom mojego miasteczka tematów do rozmów. Nie chcę zabrzmieć zarozumiale, ale po czasie spędzonym 'za zewnątrz', podczas liceum, czy pierwszego roku studiów, odzwyczaiłam się od tego. Chociaż zawsze dostrzegałam ten problem, to teraz razi mnie on tysiąc razy bardziej. Nie mogłam spać przez natłok myśli w mojej głowie. Chciałam ją zobaczyć, dowiedzieć się, jaka jest. Facebook i po 15 minutach moja ciekawość zostaje odrobinę zaspokojona. Jest bardzo chuda, ale nie wychudzona. Pamiętam ją z gimnazjum. Zawsze była śliczna, ale teraz określenie, które przychodzi mi na myśl, to perfekcyjna. Nie mogę oderwać oczu od jej zdjęć. Na 'tablicy' thinspiracje, motywujące teksty, wpisy, których treść jest dla mnie zbyt zrozumiała ...przywołuje wspomnienia. Wiem, że fakt, iż je rozumiem świadczy głównie o moim odbiegającym od normy myśleniu, ale jednocześnie jestem z tego dumna. Odrobinę przypomina mi mnie sprzed jakiś 3 lat. Nie do końca, bo mną kierowały inne motywy. A może tylko staram się tymi słowami wytłumaczyć, że niby nigdy nie byłam taka pusta. Zazdroszczę jej. Nie wiem, czego, ale to uczucie staje się coraz silniejsze. Zapraszam ją do znajmych, chociaż tak naprawdę nigdy nie zamieniłam z nią nawet jednego zdania. Nie obchodzi mnie, że to idiotyczne. Będzie moją inspiracją. Już klikając 'dodaj do znajomych' żałuję, że to robię, ale coś nie pozwala mi anulować zaproszenia. Co takiego mi w niej imponuje? Przecież ja już mam to za sobą, jestem sto razy bardziej świadoma, to ja jestem silna, bo z tym wygrałam! Dlaczego choroba stała się dla mnie wyznacznikiem mojej wartości? Dlaczego tak przywiązałam się do mojego wroga? Syndrom sztokcholmski do niedawna wydawał mi się absurdem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Wiesz co... Ja mam to samo, a może raczej miałam. Kiedy tylko ludzie wokół zaczęli plotkować o jakiejś dziewczynie "chorej na anę" to ja zaczęłam się nią interesować. I też zazdrościłam itd... Ale teraz jakoś tego nie rozumiem. Jedyne co pewnie chciałabym zrobić, to poznać ją i dowiedzieć się, czy faktycznie ma problem i jej pomóc.
OdpowiedzUsuńA rozmowy o dietach i zaburzeniach odżywiania przy znajomym mnie irytują. Irytuje mnie to, jak ludzie mało wiedzą na te tematy, a jak się wymądrzają...