środa, 27 listopada 2013

I need a favor. Please be my savior.

Jestem przerażona tym, co dzieje się z moim ciałem!





Przejęłam kontrolę. Lepiej późno, niż wcale. Sama nie wiem, co było takim bodźcem... wzrastające w zastraszającym tempie cyfry na wadze; świadomość, że rok temu o tej porze ważyłam 10 kg mniej; czy może przeczucie nieuchronnie zbliżającego się nawrotu? Z każdym dniem pozwalałam sobie na więcej. Herbatki przeczyszczające to przecież nic złego. Ale później nie wystarcza jedna saszetka, dwie, trzy; w końcu ulgi nie przynoszą nawet tabletki. Zwymiotuję raz, bo trochę przesadzę z jedzeniem, a to powoduje napady głodu, po których 'sesja' w łazience przeciąga się nieco dłużej. Znowu moje odbicie w lustrze krzyczy do mnie. Zaczyna się wir samookaleczań i nienawiści do samej siebie. Nawet przestała przeszkadzać mi myśl, że cofam się o miesiące mojej i innych ciężkiej pracy. Więc co się zmieniło? Niby nic, a jednak tak ogromne znaczenie miało to wszystko. Zrobiłam pierwszy krok na drodze do złapania kontaktu z ludźmi z mojego roku; zorganizowałam domówkę, która co prawda nie wyglądała tak, jak to sobie zaplanowałam, ale przynajmniej poznałam lepiej parę osób i mam się do kogo odezwać podczas zajęć. Pracuję nad skurczeniem żołądka, ale żeby nie dać się zwariować, odciągam swoje myśli od jedzenia na wszystkie możliwe sposoby. Kuchnię na razie omijam szerokim łukiem, tak na wszelki wypadek; nie przesiaduję też godzinami w supermarketach przy działach ze słodyczami. Kiedyś lubiłam oglądać jedzenie. Wychodząc później ze sklepu z pustymi rękami czułam, że mam władzę nad własnym ciałem i umysłem. Ale nie jestem już taka silna, jak kiedyś, więc wolę nie ryzykować. Czasami jestem zmuszona przespać głód, chociaż wiem, że nie jest to dobry pomysł. Zbyt często zdarza mi się uciekać przed trudnościami w sen i przez to w przeszłości niejednokrotnie zaniedbywałam obowiązki. Nie ważyłam się już prawie tydzień. Planuję zrobić to jutro i strasznie się stresuję. Przez pewien czas wydawało mi się, że wyzdrowienie będzie polegało na dojściu do momentu, kiedy mogę jeść wszystko, na co mam ochotę. Otóż nie. Nawet jeśli przez pewien czas wmawiałam sobie i innym, że tak właśnie jest. Nie potrafię funkcjonować normalnie bez poczucia kontroli. Tak więc nie będę już udawać, że radość sprawia mi spędzanie całego dnia w łóżku z pizzą, coca-colą i słodyczami. Śmieję się, a tak na prawdę chce mi się wrzeszczeć. D. będzie pewnie niepocieszony, bo to jego najbardziej przeraża perspektywa życia z osobą wiecznie liczącą kalorie i kontrolującą wagą. Sam wiele razy mówił mi, że chciałby kiedyś zabrać mnie na kolację, zjeść ją, być spokojnym i wiedzieć, że i ja czuję się komfortowo. Nie będzie tak i najwyższa pora, żeby zrozumiał, że w jedzeniu nie ma dla mnie nic romantycznego i komfortowego. Dla niego kontrola, to objaw choroby. Ciężko będzie przekonać go, że to mój sposób na autentyczne szczęście.



1 komentarz:

  1. Dobrze wiesz, że kontrola nie jest prawdziwym szczęściem, ale to nie znaczy, że daje poczucie satysfakcji.. Proszę Cię, nie wracaj do tego, co było w zeszłym roku! Walcz, ja wierzę że dasz radę, jesteś silna i nie jedno już pokonałaś!
    P.S. Kawa z nowymi współlokatorami.. to jakaś pomyłka.. powiem Ci, że pozory często mylą, tym razem też myliły. Z przeprowadzki na Podwawelskie nic nie wyszło.. :/

    OdpowiedzUsuń