wtorek, 18 grudnia 2012
...umrzemy młodo
Kolejna bezsenna noc. Nie chcę już faszerować się lekami nasennymi, z resztą niewiele mi już ich zostało, a wolę mieć je w razie jakiejś kryzysowej sytuacji. Lekarz też raczej nie przepisze mi ich prędko, bo są silnie uzależniające. A więc znowu nie śpię. Jutro czeka mnie intensywny dzień, boję się, że coś zawalę. Pobudka o 6.30, zajęcia, terapia, chciałam też odwiedzić A. w szpitalu, wieczorem jeszcze jakieś wykłady, urodziny N i do tego masa rzeczy do zrobienia na studia przed świętami. Czarno to widzę... Ale z drugiej strony cieszę się - nie będzie za dużo czasu, żeby myśleć. Tak, jak teraz na przykład. Za dużo we mnie wszystkiego! Jedzenia, myśli, emocji! Chcę zapaść w sen zimowy! Całe moje ciało, to jeden wielki chaos. W tym momencie każda jego część rwie się w stronę toalety - chcę pozbyć się wszystkiego, choćbym miała zwymiotować własnymi organami! Z myślami nie lepiej. Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co mnie jeszcze tu trzyma. Jestem bezsilna, a jednak coś musi być we mnie, że jeszcze tu siedzę, piszę, pomimo rozdygotanego ciała i walącego serca. Jest mi niewygodnie. Zmieniam pozycję, zdejmuję z siebie wszystko, co mogłoby mnie uwierać, ale nie pomaga. W końcu jestem już całkiem nago, ale ciągle czuję to samo - to moje własne ciało mnie uwiera.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz