Niedawno miał urodziny mój były chłopak. Ten, który jako pierwszy dowiedział się o moim problemie i (siłą) zaprowadził na wizytę do psychiatry, a dwa miesiące później rzucił, bo jak sam twierdził, brakło mu siły do mnie i moich problemów. Albo może po prostu nie mógł znieść faktu, że nie byłam zakochana w nim nawet w połowie tak, jak on sam w sobie. Denerwowała mnie jego zarozumiałość i samouwielbienie, w które często zdarzało mu się popadać. Ale mimo wszystko jestem mu wdzięczna za to, że pomógł mi wtedy ...wbrew mojej woli. Po wypisie ze szpitala mój ówczesny lekarz stwierdził, że gdyby nie on, najprawdopodobniej bym już nie żyła. No więc napisałam do niego z życzeniami i wywiązała się całkiem ciekawa i długa rozmowa. Może za ciekawa ...i za długa. Naopowiadał mi dużo dziwnych rzeczy o tej grupie teatralnej, w której kiedyś byłam (tam się poznaliśmy). Naopowiadał i zabronił mówić o tym komukolwiek. Ma rację w sumie, bo gdyby to wszystko wyszło na jaw wielu ludzi miałoby poważne problemy. Ale może ludzie powinni się o tym dowiedzieć... O ile w ogóle to jest prawda. Wiem, że w tej grupie działo się wiele złych rzeczy, o których pojęcie miała garstka osób, ale czy to wszystko było aż takiej rangi? A może on to wszystko sobie ubzdurał? Nie zdziwiło by mnie to, biorąc pod uwagę jego styl życia i zamiłowanie do używek. Może od tego wszystkiego poprzestawiało mu się w głowie. Nie jest dla mnie do końca wiarygodnym źródłem informacji. Co nie zmienia faktu, że dużo o tym wszystkim myślę i chciałabym się dowiedzieć, jaka jest prawda. A nie dowiem się, bo nie mogę o tym mówić. Mój tata przesiaduje teraz w pracy jeszcze dłużej i nawet w domu atmosfera jest z tego powodu delikatnie mówiąc - gęsta. Zabrałam więc swojego kota i wróciłam do Krakowa. Nie chodzi o to, że jestem zła na tatę, że przenosi pracę do domu. Chciałabym pomóc, ale to oczywiste, że nie mam jak, bo zapewne, to, co wiem i tak jest tylko wycinkiem całej sprawy. Z resztą ja nie mam z nią nic wspólnego. Teraz jest mi naprawdę głupio, że oskarżałam ich o szpiegowanie mnie, kiedy oni na prawdę mają swoje większe problemy. Wolałam więc wyjechać, bo chociaż sprawa bezpośrednio mnie nie dotyczy, to bardzo mnie męczy.
Ludzie... nie powierzajcie mi więcej sekretów. Już wolę o nic nie pytać.
Korzystając z ostatnich dni wakacji postanowiłam nadrobić zaległości w filmach, których wstyd przyznać, że jeszcze nie widziałam. Sięgnęłam więc do twórczości Almodovara. "Skóra, w której żyję", "Przerwane objęcia", a poźniej jeszcze Kubrick i jego "Mechaniczna pomarańcza". W każdym z nich wspólny pierwiastek - przemoc. Nie mówię, że propagowanie jej, ale jednak... Momentami musiałam robić sobie przerwy w oglądaniu ich, bo czułam, że zwyczajnie nie dam rady. A nie potrafię zostawić filmu niedokończonego. Chociaż wszystkie pod względem technicznym były świetne, to jednak oglądanie ich strasznie mnie zmęczyło. Dzisiaj przypadkiem trafiłam na coś, czego teraz potrzebowałam.
"Ave" - film, o którym nie było słychać, a przynajmniej ja dowiedziałam się o nim dopiero dzisiaj i obejrzałam od razu, tak bardzo nie mogłam się go doczekać. I nie zawiodłam się. Lubię opowieści, które chociaż momentami są oderwane od rzeczywistości, to jednak mają w sobie tą prawdziwość ...bez zbędnego upiększania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz