środa, 4 września 2013
"Our girl is gone. God bless her little soul"
Powoli zaczyna docierać do mnie, że na niektóre rzeczy w moim życiu jest już za późno; że świat, w którym żyją moje myśli jest iluzją, że inni nie mogą zrozumieć mojego zachowania, bo widzą rzeczywistość taką, jaką jest ...w przeciwieństwie do mnie. Patrzę na moich rówieśników i dopiero teraz zauważam, że oni już się usamodzielnili, albo co najmniej są na dobrej drodze ku temu. Poszli na studia, które przygotują ich do konkretnych zawodów i dokładają wszelkich starań, aby wyciągnąć z nich jak najwięcej. Traktują życie poważnie. Pracują, planują przyszłość, szukają osób z którymi mogliby żyć, a nie tylko spędzić miło czas. Dbają o swoje zdrowie, bo i jego wartość dostrzegają. A ja? Studiuję, żeby studiować, chociaż wiem, że na pracę w przyszłości mam marne szanse. Pracuję dorywczo, a żadna wypłata nie wytrzymała w moim portfelu dłużej, niż 24 godziny. Żyję tylko trochę. Niby ciągle coś robię. Dużo podróżuję, czytam, oglądam, zwiedzam, mam chłopaka, ale cały czas nie daję z siebie wszystkiego, bo wiem, że w razie czego mam gdzie uciec. Wystarczy, że przestanę jeść, albo zacznę się obżerać i wymiotować. I jeśli tylko coś się nie uda, będę mogła uciec do świata, który do tej pory wydawał mi się bezpieczny i taki tylko mój. Bo jeśli nie sprostam jakiemuś zadaniu, nie spełnię czyiś oczekiwań, albo coś mi nie wyjdzie, będę mogła wrócić do tego, w czym jestem całkiem niezła, a w moim najbliższym otoczeniu - najlepsza. Ludzie będą kręcić głowami i mówić różne rzeczy, ale gdzieś tam, podświadomie przyznają, że jednak muszę być silna, skoro zrobiłam coś, na co ich samych nie byłoby stać. Trochę smutno, że pisząc to dalej dostrzegam w tym sens, ale chyba dobrze, że przynajmniej zaczynam rozumieć, że to złe i że jeśli nie chcę zmarnować życia sobie i najbliższym, to teraz jest właśnie ostatnia szansa na zmiany. Więc teraz pomimo, że do pierwszego egzaminu poprawkowego został jeden dzień, a ja nie ruszyłam jeszcze praktycznie materiału, wyśpię się, a rano przysiądę konkretnie do pracy. I to chyba spory krok do przodu, że chociaż trzymałam już w dłoni garść leków, schowałam je z powrotem do pudełka. Teraz pewnie byłabym w mojej krainie czarów i leżałabym beztrosko słuchając tylko dźwięków wydawanych przez mój organizm i przyglądając się grze światła w pokoju, taka spokojna, albo wręcz bezwładna; chociaż przez ten jeden wieczór zapominając o tym darciu w mojej głowie. Tęsknię za tym stanem; tęsknię za beztroską i za przeświadczeniem, że mogę wszystko, na wszystko mam czas.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ej, bez względu na wszystko pamiętaj, że nie jedno już przeszłaś. Jesteś zdecydowanie silniejsza niż kiedyś. Wiesz, na co powinnaś uważać i czego unikać. Jestem z Ciebie dumna, że nie wzięłaś tych leków. Pamiętaj jednak, że zawsze możesz na mnie liczyć, bez względu na miejsce i czas. :*
OdpowiedzUsuń