Do czego to doszło, że ja doradzam innym, jak ogarnąć swoje życie jeśli chodzi o jedzenie. Napisała do mnie dzisiaj znajoma z pytaniem gdzie można kupić ocet jabłkowy. No i z tego zaczęła się dłuższa rozmowa. Okazało się, że ona ostatnio znowu przestaje sobie radzić. Wiem, że nie ma psychologa, ani lekarza, więc starałam się zmienić jej zdanie na ich temat. A później mówiłam, co z mojego doświadczenia może pomóc. Mam tylko nadzieję, że nie pogorszyłam sytuacji. Kiedy tak rozmawiałyśmy poczułam się, jakby ten problem był już tak daleko za mną, a przecież jeszcze dzień wcześniej rozbeczałam się przy posiłku. To też było dziwne. Jadłam sama. Nikt nie zmuszał mnie do jedzenia. Nie mogłam po prostu ocenić, czy jestem głodna. To jest jedna z tych gorszych rzeczy, które zostały mi do tej pory. Mam już dość tego, że mój żołądek nie wysyła żadnych sygnałów do ośrodka sytości. A może wysyła, tylko nie są one odbierane? W każdym razie mam ogromny apetyt i praktycznie nigdy nie przestaję być głodna, nie mówiąc tu już o sytości. Każdy posiłek muszę kontrolować. Bo skoro zjadłam koło 5 kanapek, dwie spore porcje płatków z mlekiem i zapiłam jeszcze koktajlem, to chyba niemożliwe, że dalej jestem głodna? Moja waga na szczęście nie wzrasta (staram się utrzymywać aktywność fizyczną), ale też nie spada. Powtarzam sobie, że przecież jest w porządku, ale nie jest do cholery! "Mam rubensowskie kształty!?"
Teraz to tylko moment słabości, bo generalnie jestem pewna czego chcę - być zdrowa i uszczęśliwiać moich bliskich, a nie ściągać ich na dno. Rozmawiałam dzisiaj z moją mamą. Mówiła mi, że rozmawiała ze swoją siostrą - mamą F. U niej znowu jest tragicznie. Lekarze załamują ręce i plują sobie w brodę, że za szybko odstawili jej leki. Teraz tylko czekać, aż znowu trafi do szpitala. A ja znowu przestaję wierzyć, że ona z tego wyjdzie. Niby dużo o tym rozmawiałyśmy, ale ja tak na prawdę nie wiem, czy ona nie widzi tego, jak wykańcza swoich bliskich, czy nie chce tego widzieć ...a może to objaw choroby. Ja nie byłam lepsza, ale cierpiałam przez to strasznie. Właściwie tylko dlatego zgodziłam się na hospitalizację. No, może też przez to, że wiedziałam, że grozi mi ubezwłasnowolnienie, a tata powiedział, że nie może już patrzeć, jak wykańczam mamę i jeśli ma wybierać, to wybiera ją. I chociaż wtedy sprawił mi tym ogromną przykrość, to teraz widzę, jak bardzo mi tym pomógł. W ogóle w tej swojej bezwzględności moi rodzice wykazali się dużą roztropnością. Chociaż był i kryzys, kiedy moja mama mówiła, że albo ona, albo ja wyląduję w psychiatryku i kłócili się z tatą, i oboje nie wyrabiali, to jednak podczas mojego pobytu w szpitalu uporządkowali swoje życie na nowo i całkowicie zmienili podejście. Mama bardzo długo mnie tam nie chciała odwiedzać ...w zasadzie to była tam tylko raz. Ale widocznie tak było dla niej lepiej. Myślę, że ich sposób jest dobry. Zostawili mnie w spokoju. Zapewnili warunki do leczenia i opłacają moją terapię, ale nie nie mówią mi, co mam robić. Oni mają swoje życie, a ja swoje. Nie kontrolują mnie, chociaż mi czasem zdarza się ich o to podejrzewać (sprawa z czytaniem mojego bloga okazała się pomyłką). Moja mama znalazła swoją odskocznię. Od prawie dwóch lat kilka razy w tygodniu chodzi na fitness. Może brzmi to śmiesznie, ale jednak widać, że i dla niej wysiłek fizyczny ma zbawienny wpływ. Mama mówi cioci, że i ona powinna zostawić F, ale ona nawet nie chce tego słuchać. A moim zdaniem to by pomogło. Co z tego, że wszyscy ją kontrolują, skoro już piąty raz doprowadziła się na skraj wyczerpania? Nie zauważyli jeszcze że to nie działa? Ona i tak robi, co chce. Może trochę wcześniej trafiłaby do szpitala, ale i to pewnie wyszłoby jej na dobre.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz